O mnie

Moje zdjęcie
Niektórzy sądzą, że o muzyce nie ma sensu pisać. Ja jednak będę się beztrosko upierał, że można. Mam nadzieję, że moje subiektywne teksty zaciekawią choć garstkę sympatyków bluesa, zainspirują do rekapitulacji swoich poglądów, do posłuchania jakiejś płyty, sięgnięcia po dany artykuł, książkę albo do odwiedzenia danej strony internetowej. Miłej lektury! Pozdrawiam Sławek Turkowski

piątek, 19 stycznia 2007

Michael Powers - Prodigal Son

Siedział już od kilku minut, popijał „żywca”, gdy w końcu nadszedł Jimi. Klapnął obok, zamówił piwo.

– Trochę pojechałeś z tym Goin’ Down na starcie. Po cholerę brałeś się za ten ograny numer – rzucił na powitanie.

– Bo lubię – odparł rozbawiony Michael – widziałem, jak grał to Satriani. Ten numer ma niezłego kopa. Źle go zagrałem?

– Nie no, w porządku. A widziałeś, jak grał go Freddie King?

– Nie pamiętam, to było dawno…

mp_face.jpg– No właśnie – podchwycił Jimi, lekko się zaciągając – ale mogłeś go widzieć. Gdzieś ty się podziewał, synu marnotrawny, że pierwszą płytę wydałeś dwa lata temu.

– He, marnotrawiłem swój czas. Gdybym zaczął tak wcześnie jak ty, może bym też już dawno wąchał kwiatki od spodu.

– No, no – odparł niezrażony Henio – wtedy były inne czasy. Ale numer tytułowy udał ci się przednio. Mam ciary na plecach.

– Słuchałem ostatnio Otisa Taylora.

– Ale to jesteś cały ty! Otisa?! Man, tego smutasa!?

– Cóż, Bill Cosby się zestarzał. Nie przesadzajmy. Facet ma wizję i jest sobą.

– Oh, też miałem wizję.

– Chyba w i z j e…

– Znów się czepiasz. Fajnie, że grasz na dobro w kawałku Williamsona. Ja nie miałem serca do tego nieporęcznego grata.

– No tak, wolałeś piłować strata – puścił oko Michael.

– Ha, czy ja wyglądam na drwala – odparował Jimi. – Nie lubisz tego?

– Jakbym nie lubił, to nie byłoby cię tak dużo w White Lightnin’ czy Wild Side.

– No i zagrałeś moje Voodoo Chile.

– Zapomnij… żachnął się Powers. [Utwór nie znalazł się na wersji płyty przeznaczonej do sprzedaży ze względu na brak licencji.]

– OK. Sorry, wiesz, że gdyby to ode mnie zależało… Pociągnął porządny łyk piwa – trochę słodki ten Żywiec, wolę Tyskie. A skąd pomysł na Every Grain of Sand Dylana? Rozbujałeś go jak Niech Żyje Bal Rodowicz.

– Jak kto?

– A nieważne. Puszczam go sobie na dobranoc. Vivino jest boski na hammondzie, choć niby gra tylko w drugim planie.

– Dzięki, przekażę mu.

mp_ps_cover.jpgPlay The Hooch mnie zaskoczył. Grałeś na jamie z Chuckiem Berrym?

– Nie, z Angusem Youngiem, ale graliśmy Johnny B. Goode.

– Akurat, a z Otisem Taylorem rzeźbiłeś po nocach Dom Wschodzącego Słońca – zachichotał Heniek.

– Chodzi ci o Signed D. C.?O, tak, tak, a na skrzypcach w tle podgrywał nam Itzhak Perlman.

– Popatrz, a ja wyczytałem, że to Jimmi Vivino na Wurlitzerze.

– Fakt!

– „Faktu” nie czytam.

– Nie?

– „Nie” też… Kończ Waść! W ogóle to majtki mi spadły z wrażenia, gdy usłyszałem Train Kept A Rollin’ Yardbirdsów. Żeby z takiego knota takie cudo zrobić, trzeba mieć jaja i wyobraźnię. Masterpiece, man!

– Nie przesadzajmy, jakby to był taki chłam, to bym się za niego nie zabrał.

– Jakbyś nie słuchał Waitsa, to by ci tak dobrze nie poszło.

– Może też grałem z nim na jamie – dodał tajemniczo Michael.

– Co ty, Waits nie chodzi na jamy. Żona mu nie pozwala – skwitował Jimi – wiesz, masz u mnie buziaka za ten oldschoolowy You Got To Go Down. Tampa Red by się przy nim nieźle bawił.

– Za buziaka nie dziękuję.

– Lepiej mi powiedz, co nagrasz na nowej płycie.

– Stary, dopiero puściłem tę w obieg! A co, masz jakieś pomysły?

– Nie wiem, czasy są porąbane. Oglądałem ostatnio MTV. Na twoim miejscu przerobiłbym kawałki Britney Spears.

– Yea… Może mam sobie jeszcze cycki dorobić!?

Paru gości zaczęło im się przyglądać…

– Fuj…– westchnął Jimi. Wstał, podał mu rękę – kawał dobrej roboty, synku. Chciałbym mieć taki głos jak ty. Muszę lecieć, umówiłem się na kopanie grobu z Jake’m La Botzem.

Train Kept a Rollin’…

środa, 17 stycznia 2007

Duke Robillard – Guitar Groove-A-Rama

Duke Robillard. Jak to możliwe, że jest u nas tak mało popularny? Niepojęte… Chyba to kwestia stylu, bo Duke zawsze unikal pirotechniki, nigdy też nie był tak dramatyczny jak jego bardziej znani koledzy, choćby Ronnie Earl. Dopuszczam też myśl, że jest zbyt mało wyrazisty, nazbyt synkretyczny. Jego stylem jest wszechstronność.

Duke Robillard - Guitar Groove-A-RamaGuitar Groove-A-Rama wypełniona jest w dużym stopniu gitarowymi perełkami. Duke używa przeróżnych gitar, o niektórych doprawdy nie mam pojęcia: Stratocaster, Grestch White Falcon, Grestch Country Club, Gibbon L7C (T-Bone takiego przez moment używał), Fender Jazzmaster… Owszem, Duke opisał każdy temat, co bardzo lubię, ale i tak pominął czasem kwestię wpływu gitarowego. Nie pada żadne nazwisko gitarzysty jazzowego, choć pewne jest, że Kenny Burrell czy Barney Kessell powinien być wymieniony. Burrell niemal pożyczył gitarę od Duke’a w Sunday Mornin’!

Przede wszystkim jednak chciałem napisać o  jednym kawałku, ale za to doprawdy niezwykłym – Blues A Rama to ponad szesnastominutowy przegląd inspiracji bluesowych Duke’a. Książe gra to na koncertach z komentarzem opisującym, o kogo mu chodzi.

Zaczynamy od surowych nutek Muddy’ego Watersa z Jimmy'm Rogersem. Sprawa jest jasna. Ale potem przechodzimy do Guitar Slima, czyli Eddiego Jonesa. Ach, jakie strzeliste przyszpilające frazy. Teraz zdaję sobie sprawę, jak wiele Guitar Slima słyszę np. u Juniora Watsona, trochę też u Buddy’ego Guy’a. To był gość! Następny z dziesiątki jest Johnny Guitar Watson. Hm, pomyliłbym go z wczesnym Gatemouthem Brownem. W końcu i to, i to to Teksas. O! Wreszcie. T- Bone Walter. No, te rozwalające mnie wyluzowane-napięte frazy. Uwielbiam! Choć rzecz jasna Duke ma tu inne brzmienie niż Bone. Gra cały czas na tej samej gitarze, i to na Les Paulu, więc brzmienie jest nieco bardziej matowe, mniej czysto-szkliste niż oryginału. U Duke’a Bone jest obecny niemal cały czas, weźmy np. Duke’s Mood z The Unheard Duke Robillard Tapes.

Ok. Przyszła pora na B. B. Kinga. Ha, nuty jakże słodkie. Nie wiem dlaczego, ale zawsze B. B. wydaje się mieć tę odrobinę słodyczy. Nawiasem mówiąc gościem, który potrafi grać niemal idealnie pod Bibiego jest Chris Cain.

A teraz słyszymy jedynego w swoim rodzaju Gatemoutha Browna. Obok Fulsona i Craytona to właśnie u Browna słychać Walkera najwięcej. Freddie King – słucham tego i słyszę niemal Erica Claptona.

Został jeszcze jeden Król – Albert King – u! Wypisz, wymaluj te wysokie, dosadne podciągnięcia Alberta. Albert grał tak swoiście, że najłatwiej wyłapać jego zagrywki. Duke wspomina też Buddy’ego Guy’a, z wczesnego okresu, gdy Guy potrafił jak nikt inny pieścić, muskać gitarę. Potem doskonale nauczył się tego S. R. Vaughan.

Kolejny mistrz – Albert Collins. Gary Moore w rozmowie z Blues Revue stwierdził, że Collinsa nie da się podrobić. To chyba prawda (aKenny Blue Ray?), ale Duke jest całkiem blisko. Dobrze mu wychodzą te nerwowe szarpnięcia. Co za uczta!

Na koniec Duke gra, jak zaznacza, trochę jak Duke Robillard. I mamy połączenie Walkera, Guy’a i Burrella, he.

Milutko rzeźbi ten misio.

Jest tu jeszcze jeden niezwykle interesujący numer: This Dream. Pod koniec nabiera egzotycznego wschodniego smaku. Robi się gorący jak piasek Sahary. Br…

Chyba umieszczę tę płytę w mojej TOP-ce. No i zrobię audycję, gdzie zagram tę opowieść, a potem wszystkich 10 mistrzów. Chyba warto?

piątek, 12 stycznia 2007

Desert Winds

Czyż zawsze muszę pisać o płytach niezwykłych? Kiedy niby nic, a jednak. Znajduję w czymś, co słyszę jakiś czar.

ijkb_dw.jpgMoją półkę zasilił album Illinoisa Jacqueta Desert Winds. Illinois należy do moich ulubieńców. Wystarczy, że dmuchnie leciuchno, i już robi mi się miękko w okolicy brzucha. Jest mistrzem bezpretensjonalności. Słucham właśnie nagrania tytułowego. Coś jak tango, a może nie, ma coś z muzyki żydowskiej. Taki uroczy motyw. Ach, jak wpada w ucho!

O, i zaczął właśnie drugi czarodziej – Kenny Burrell. Można mnie żywcem kroić, gdy słyszę jego gitarę z tamtych lat. Willie Rodrigues coś tam sobie puka na „latynoskich bębnach”, a ja już wyjechałem na Hawaje. Star Eyes – saksofon Jacqueta wyrzuca puchowe piórka dobre na cieplutką kołderkę. Nie ma tu za dużo pianisty Tommy’ego Flanagana, ale jego nuty również są pełne zaufania. Można z nimi konie kraść! Tylko po co?

Przyszedł czas na bluesa. Blues For The Early Bird. Bo przecież Illinois obok Willisa Jacksona jest najlepszym saksofonistą bluesowym wśród jazzmanów, podobnie jak Burrell gitarzystą. He!

A teraz Lester Leaps In – oczywiście chodzi o Lestera Younga, jednego z nauczycieli Jacqueta. Szkoła stylu, szkoła smaku. To już nie są czasu mocnego, szalonego rhythm’n’ bluesowego baletu, opanuj się chłopie – ktoś zdaje się podpowiadać z boku. A Burrell z prawej strony rzuca seryjne funty szyte na miarę. Bach, bach na perkusji i no i zmiana pałeczki – teraz Flanagan, a ja, jak to często bywa, słucham czarodziejskiej, swingującej perkusji. O rany, znów Burrell, co ten gość do mnie mówi?!

1964 rok. Co wtedy działo się na świecie? Jacquet z Burrellem nagrywali płytę. W finale Lester Leaps In powraca szalony knajpiany showman z saksofonem.

Ballada You’re My Thrill. Wchodzi saksofon, gwałtownie, bezpardonowo, pełen zmysłowego napięcia. Dzięki za masaż uszu.

Gdzieś w tle widzę knajpki pełne niespokojnych typów w garniakach, zakochanych… w dymie z papierosa. Przy ladzie siedzi samotna dama wystrojona na czarno. Intelektualizująca dama lekkich obyczajów. Dlaczego by nie? I dla niej orkiestra gra ostatni gorący, południowy numer – Canadian Sunset. Dla niej gitarzysta zapomniał o gitarze. Przypomina sobie z cicha po dwóch minutach. Odkrył, że jego tu brak, równocześnie coś sobie nucą. Dama lekko kolebie się na stołku. Swinguje niby zamyślona pani domu w Kanadzie. Dlaczego by nie?

niedziela, 7 stycznia 2007

BooBoo Davis – blues XXI wieku

Piotrek Gwizdała napisał w Twoim Bluesie o Drew, Mississippi BooBoo Davisa: Ta płyta jest i pozostanie wzorcem łączenia starego z nowym. Mądrze i inteligentnie zrealizowana muzyka, nie dzieli i nie odrzuca, a łączy i wciąga swym przesłaniem, instrumentalizacją i ogromnym ładunkiem pozytywnych emocji… Absolutnie zgadzam się z tą opinią. Album jest nafaszerowany elektroniką, ale tak umiejętnie, że nie zabija żywego charakteru muzyki. Nie pozbawia jej bluesowego feelingu mimo użycia – prawie na pewno – w większości utworów beatu perkusyjnego z sampli. Wprawdzie w składzie jest wymieniony perkusista Gary Leach, ale tylko „additional” – dodatkowo. Zresztą to słychać. Na szczęście beat nie jest wysuszony – typowa przypadłość syntetycznych brzmień. Nie ma zatem obawy, że za kilka lat nie da się tego słuchać. Na marginesie – słuchałem ostatnio starej płyty Roberta Cray’a Bad Influence i to doskonały muzycznie materiał, ale brzmi tak płasko!..

bbdavis_1.jpgWracając do BooBoo – Piotrek napisał: Niewątpliwie najważniejsza płyta mijającego roku. Nie wiem tego i nie odważyłbym się tak jednoznacznie wyrokować. Ale na pewno umieszczę ją w moim TOP 5 najciekawszych wydawnictw roku 2006.

O! Właśnie leci Drew, Mississippi. Kojarzy mi się z Otisem Taylorem. Gitara z Delty, lekki pogłos na wokalu i sposób śpiewu – o, jak zaśpiewał What happened – jak Otis! Nawet te skrzypce to taki pomysł taylorowy. A jeśli chodzi o Burnside’a, to najbliższy tej płycie jest wg mnie Wish I Was In Heaven Sitting Down.

No, ale my się zachwycamy, a tymczasem np. redaktor Blues Wax kręci nosem. Kyle M. Palarino zarzuca płycie niespójność, brak wyraźnego kierunku, w którym muzyka podąża. Dziwny zarzut. Dziś dobra płyta musi być różnorodna i rzadziej zdarzają się krążki jednorodne stylistycznie, które do końca pozostają ciekawe. Owszem, bywa tak, ale u artystów nastawionych tradycyjnie, o wyrobionym stylu. Zdaniem recenzenta słychać, że artyści współpracują po raz pierwszy i trzeba czasu, by się dotarli. Tak naprawdę płyta powinna być podpisana: BooBoo Davis & Ramon Goose. Moim zdaniem takie uczucie niedotarcia pojawia się rzadko – może np. w Tryin’ To Survive. Najbardziej rozśmieszyło mnie zdanie Palarino komentujące Standing In The Cottonfields: To jest inne, ale moje uszy się nie mogą do tego przyzwyczaić. – no sorry… :)

Słucham teraz Got The Blues… – trochę BooBoo „podgrywa” na harmonijce. Wygląda to jakby chciał się wbić w nieco obcą mu strukturę dźwięku. Jak harmonijkarz na jam session, który nie może przebić się przez ścianę gitar.

Tak, tak, to blues XXI wieku. Po latach 90. zdominowanych przez gitarowych „monsterów” przyjdzie czas na taki transowy groove. Dziwi mnie, że tak mało jeszcze pojawia się takich albumów. No, ale to niełatwe granie i pewnie nie sprawdza się na koncertach. Produkt czysto albumowy.

Takie granie, słuchanie tego typu muzy wymaga jednak nieco zmiany myślenia. Pisałem o tym przy okazji recenzji Burnside’a. Poszukiwacze cudownych partii solowych muszą ten „zmysł” odłożyć na bok. Muszą poddać się transowi, klimatowi właściwemu kształtowi płyty. Wtedy to zadziała.

sobota, 30 grudnia 2006

Feelin' The Blues - jakie jest, jakie będzie - cz. 2

Z chęcią przyjmuję wszelkie uwagi dotyczące kształtu programu, ale nie zawsze mogę się do nich dopasować. Mój stary bluesowy znajomy mówi: Fajnie prowadzisz tę audycję, ale czasem przydałoby się coś „z wypiardem”. Chodzi oczywiście o ostrą, blues-rockową jazdę. I czasem się zdarza, ale nie za często. Tego słucha większość tzw. fanów bluesa, więc miałbyś większą słuchalność – argumentuje. Gdyby Jazz Radio grało disco czy rocka, też miałoby większą słuchalność. Tyle że jest radiem jazzowym i basta!

stare logo jazz radioGranie w radiu jazzowym rock-bluesa albo i rocka jest tak granie popu. Bo tym on jest w szerokich widełkach bluesowych, w bluesie jest odpowiednikiem muzyki pop.

Co zatem będę grał w 2007 roku? Mam nadzieję, że znajdą się jacyś nowi ciekawi artyści. Mam nadzieję, że uda mi się w końcu na nowo wprowadzić stały kącik poświęcony historii bluesa. Dawno, dawno temu w każdej audycji prezentowałem klasyczną płytę. Teraz nie mam na to czasu – i antenowego, i na to, by przygotować się w domu. Zresztą zarzuciłem to, gdy odczułem, że nikogo nie interesuje.

Mimo to wolałbym znaleźć jakiś sensowny klucz, który umożliwiałby tym, którzy choć odrobinę tego chcą, ułożenie sobie w głowie (i w sercu) tematu „historia i rozwój bluesa”. Ano zobaczymy. Nie zawsze mam do tego materiał. Zresztą to w ogóle jest pytanie, co grać. Skupić się na nowościach? Ograniczające. A jeśli nie, to jak daleko i do czego sięgać?

Wychowałem się na audycjach Jana Chojnackiego, Wojciecha Manna, Sławka Wierzcholskiego, trochę Włodzimierza Kleszcza i Andrzeja Jakubowicza, a w mniejszym stopniu Leszka Adamczyka (początki Jazz Radia). U Jana Chojnackiego i Sławka  Wierzcholskiego denerwowała mnie po pewnym czasie ta jednostronność – ów „bielszy odcień bluesa” – granie bluesa w gładszej, wybielonej postaci ograniczone na ogół do nowości. A historia zdawała się u nich zaczynać w latach 60. U Manna ta tendencja była jeszcze radykalniejsza. Jeden z najstarszych krążków, jakie słyszałem, to Nighthawks z Johnem Hammondem – 1979 rok. Tymczasem Kleszcz czy Jakubowicz potrafili grać przez całą audycję jednego artystę, co też było, bywało, mało atrakcyjne przy moim głodzie.

Radio musi być różnorodne. Toteż wiedziałem, że w pierwszych audycjach chcę zagrać np. Magic Slima, Furry Lewisa, „Boobę” Barnesa czy Ronniego Earla. I potem było, że gram czarnego bluesa, którego nikt już nie słucha (opinia jednego z niegdysiejszych kolegów radiowych, wcześniej związanego z radiem Wawa).  Moja odpowiedź: nie słucha, bo nie zna.

Aha! Jeszcze kwestia sposobu prowadzenia audycji. JR było wg mnie zawsze skierowane do ludzi młodych. Jeden ze znajomych, który dawno nie słuchał tego, co robię, jak zawsze lakoniczny, napisał: W porządku. Nie bardzo tylko podoba mi się, że zwracasz się do słuchaczy per „wy”. W końcu słuchają cię też ludzie w średnim wieku. Prawda, ale tu wychodzi coś, co nazywam „szkołą jazzradiową”. Może to być przez kogoś odebrane jako brak szacunku albo nieprofesjonalizm. Jako załoga JR zawsze stawialiśmy na naturalność czy klimat. Mówię o epoce Sorbeego, ale teraz jest niewiele inaczej.

Nim zacząłem prowadzić program, byłem stałym słuchaczem JR. Wiedziałem, jak działa; wiedziałem, że jest inne, bezpośrednie, spontaniczne. Nie mógłbym czytać z kartki napisanego wcześniej tekstu. Nie umiałbym też tworzyć jakiejś misternej bariery między sobą a człowiekiem po drugiej stronie, uprawiać jakiejś formy gwiazdorstwa. Poza tym zawsze mam świadomość, że całkiem znaczną liczbę słuchaczy znam osobiście, jestem z nimi na „ty”, niezależnie od wieku. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie inaczej. Ech. Rozpisałem się.

Szczęśliwego Nowego Roku!!!

piątek, 29 grudnia 2006

Feelin' The Blues - jakie było, jakie jest, jakie będzie

Koniec roku to dobry czas na podsumowanie, na spojrzenie w najbliższą przyszłość, na odświeżenie poglądów.

W Polsce istnieje kilka zacnych audycji poświęconych bluesowi lub krążących w orbitach bluesa. Każda z nich ma swój charakter, który wynika z osobowości jej twórców i z okoliczności zewnętrznych.

Slwek Turkowski Godzina z BluesemMam to wyjątkowe szczęście, że prezentuję bluesa w radiostacji o profilu jazzowym. Rzecz jasna ma to swoje minusy. Jedno z kilku zdjęć FTB z anteny argumentowane było tym, że gram za dużo brzmień gitarowych. Faktycznie, wówczas miałem fazę na klimaty fat-possumowe – szorstki, diablo brudny gitarowy groove. Po pewnym czasie wróciłem do radia pod warunkiem, że będę grał więcej klimatów jazzowych. Pamiętam głos słuchacza: Super, tylko czy na dłuższą metę to nie będzie monotonne? W tej chwili mam absolutną wolność tego, co gram, choć staram się być czujny.

Pierwsza fundamentalna kwestia: nie prezentować muzyki wbrew sobie. Jeśli coś mi się nie podoba, nie przekonuje mnie, nie czuję, by było wartościowe, to jakim cudem mam uważać, że to spodoba się innym. Jest jeszcze drugi aspekt: w dziewięćdziesięciu procentach prowadzę audycję w oparciu o płyty z własnej półki, zakupione za pieniądze z własnej kieszeni. Trudno zatem, bym kupował krążki, które po zagraniu kilka razy w audycji będą tylko się kurzyć. A tak się składa, że coraz częściej słucham np. jazzu zahaczającego o blues, więc siłą rzeczy mam ochotę grać go w radiu. Wierzę, że ta na ogół nieznana albo zapomniana muzyka przypadnie do gustu słuchaczom. Toteż to się nie zmieni.

Wracam do Jazz Radia. Druga fundamentalna kwestia: kiedy zasiadam w poniedziałkowy wieczór za sterami JR to mam nadzieję, że słuchacz, który włączył radio o 19.30, nie wyłączy go o 20.00 tylko dlatego, że z głośników popłynie blues. Na ogół moi koledzy radiowcy prowadzą audycje w stacjach, gdzie króluje pop/rock. Muszą zmierzyć się z tym szokiem stylistycznym, którego doznaje ich słuchacz. Sławek Wierzcholski czuje się w obowiązku tłumaczyć elementy budowy gitary dobro albo opisywać otworki w harmonijce. Andrzej Jerzyk ma filozofię „przyciągnąć do bluesa przez rocka”. Ja zaś nie chcę, by wykształcony muzycznie miłośnik jazzu albo choćby, mówiąc ogólnie, człowiek o bardziej wyrobionym guście nudził się podczas audycji bluesowej. Tym bardziej że te oczywiste związki bluesa z jazzem są u nas, w naszej świadomości poważnie zachwiane. Ciąży na nas – na szczęście coraz mniej – piętno brytyjskiego boomu lat 60.

To tyle, jeśli chodzi o ogólne ramy, konwencję audycji.

poniedziałek, 25 grudnia 2006

Świąteczne porządki

Święta, święta!

A przed świętami trzeba było zmierzyć się z porządkami, sprzątaniem mieszkania. Lubię to i często włączam sobie wtedy muzyczkę. Blues nadaje się do tego świetnie. Zapominamy o tym, ale przecież blues to muzyka ludzi pracy, zrodziła się z pracy, była jej estetycznym i emocjonalnym uzupełnieniem. Rytm bluesa wiele zawdzięcza work songom, ale bluesmani mimowolnie inspirowani byli rytmem cywilizacji przemysłowej, stukotem maszyn, miarowym oddechem pociągu, tego typu odgłosami. No i jakoś przełożyli to na swoje dźwięki.

DSC_0538_1.jpg

Nie ma formy muzycznej, która potrafiłaby mieć intensywniejszą niż blues, naturalnie tworzoną motorykę. Rytm serca i rytm maszyny zlał się w jedno. Stąd pulsacja bluesa jest przeciwieństwem czysto mechanistycznego beatu pop-techno. Ale odbiegłem od tematu. 

Pamiętam, że kiedyś świąteczne porządki, szczególnie bieganie ze szmatką, idealnie uzupełniał mi Hooker. John Lee Hooker, bo Earl jeszcze nie zagościł w mej świadomości :).

Ale szukałem tym razem czegoś ze świąteczną nutą. Dobrze sprawdził się B. B. King – moja ulubiona płyta Blues On The Bayou z cudną istrumentalną miniaturką na początek (Blues Boy Tune). Zresztą B. B. ma w sobie coś słodkiego. Ten jego promienny uśmiech słychać również w muzyce.

Doskonale pracowało mi się przy koncercie Luthera Allisona Live '89Let's Try It Again. Znów kluczem okazał się pierwszy utwór Serious za znakomitą oszczędną partią instrumentów klawiszowych. Ta płyta jest względnie mało gitarowa, pokazująca soulowo-bluesowe oblicze Luthera.

Za to pomyłką okazała się Renee Austin. Jej momentami ostry głos po prostu mnie drażnił. Co innego Michelle Willson. Skoczne, zachodnie granie przemieszane z jazzowymi smaczkami i jej ciepły głos. Bajka! Na koniec odkryłem akustyczny album Blues Company. To Był strzał w dziesiątkę. Miłe melodie, stonowany głos, bo to już nie był album do „szorowania mebli” w pocie czoła :) Ba! Nawet znalazł się tu kawałek Christmas Eve, nieco smutny, acz milutki - w sam raz do ubierania choinki.

Wesołych Świąt raz jeszcze!