O mnie

Moje zdjęcie
Niektórzy sądzą, że o muzyce nie ma sensu pisać. Ja jednak będę się beztrosko upierał, że można. Mam nadzieję, że moje subiektywne teksty zaciekawią choć garstkę sympatyków bluesa, zainspirują do rekapitulacji swoich poglądów, do posłuchania jakiejś płyty, sięgnięcia po dany artykuł, książkę albo do odwiedzenia danej strony internetowej. Miłej lektury! Pozdrawiam Sławek Turkowski

środa, 17 października 2007

Rawa Blues 2007

Jak na jeden dzień wyjątkowo dużo wrażeń. Gdybym chciał i mógł być świadkiem wszystkiego, byłby to pewnie nadmiar. Ale tu chodzi też o to, by dla każdego znalazło się coś ciekawego. Założenie, że festiwal jest udany, gdy podoba mi się wszystko, jest absurdalne.

puste_biuro2.jpgWszystkiego też nie mam ochoty opisywać. Udało mi się usłyszeć kilka zespołów bocznej sceny. Pierwszym, który zapamiętałem, był Mizia & Mizia. Na Rawie występowali wielokrotnie i mam wrażenie, że do tego się ograniczają. Kochają chicagowskiego bluesa. Grają standardy, ale na szczęście nie tylko te najbardziej ograne. Wizualnie rzuca się w oczy niespójność albo niechlujność wyglądu. Jeden gitarzysta w marynarce, harmonijkarz w czerwonej bluzie polarowej (br…), drugi gitarzysta w koszuli. Trzeba się na coś zdecydować.  Podobała mi się gra gitarzysty slide, jego głos, choć niewybitny, dobrze się wpasował. Tylko niestety ciągle nie mogli się rozpędzić, trochę to rozlazłe było, bez pary.
Bardzo przypadł mi do gustu kompletnie nieznany zespół Puste Biuro. Duży skład: gitara, bas, perkusja, saksofon, śpiew i dwuosobowy chórek. Tu był żywioł, radość grania, zapewne w dużym stopniu zasługa wokalistki Karoliny Kidoń. Muzycznie – trochę w duchu Arethy Franklin, soul bluesa, bluesa, funku. Gdy Karolina śpiewała po polsku, słychać było troszkę Ewę Bem. Była zachwycona występem Janivy Magness. Wyraziła się po jej koncercie, że chciałaby „iść w tę stronę”. Trzymam kciuki.


Clezmer'sSkoro o wokalistkach mowa, to zupełnie inne klimaty preferowała pani ze Zbig Bandu (ależ dancingowa nazwa). Tu dominował blues rock nawiązujący do polskich klimatów a la Dżem, Nalepa, feeling Janis Joplin. Silny głos, pewność siebie na scenie, zaangażowanie. Też chciałbym, by trochę zamieszali na polskiej scenie.


Marek Motyka mógłby co do otyłości konkurować z Johnny Winterem. Taki bluesowy prawdziwek ze Śląska. Ukochał Freda McDowella. Jego gitara najpierw wydawała nieprzyjemne zgrzyty, ale potem zaczęła gadać z sensem. Brzmienie było ciekawe, ale takie też miał na niektórych płytach McDowell. Szkoda, że całkiem w porządku harmonijkarz, który mu towarzyszył, grał przesterowanym, elektrycznym brzmieniem.



Zupełnie nieznana grupa Clezmer’s okazała się kolejnym wcieleniem Blues Brothers, tym razem w jasnych garniturach. Jedynie wokalista, jako żywo John Goodman, paradował w czarnym. No i było wesoło, żwawo, radośnie. Poznawczo, jak zazwyczaj, boczna scena wypadła ciekawiej niż duża.

janiva_magness_cd.jpgMiałem szczęście być świadkiem czegoś, co nie każdemu dane było słyszeć i oglądać. Udało mi się zakraść na dużą scenę Spodka, gdy jednym uchem złapałem znajome dźwięki – soundcheck Janivy Magness! Na płytach jej głos robi wrażenie, ale to tylko płyta. Technika robi cuda. Można poza tym robić kilka wejść, wybrać najlepszą wersję. Ale tu słyszałem to na żywo, bez zciemy, głos Janivy brzmiał jeszcze piękniej. Ciary przeszły mi po plecach. Wiedziałem, że to będzie jeden z tych koncertów, których się nie zapomina. Dzięki pomocy Vicki znałem już skład i byłem nieco rozczarowany. Miałem cichą nadzieję, że usłyszę i zobaczę np. Zacha Zunisa albo i ho, ho! Ricka Holmstroma. Sam Meek – nic mi to nie mówiło. Ale warto zerknąć na jego stronę, przejrzeć listę artystów, których wymienia jako inspiracje. Budujące!

Duża scena bez zaskoczeń. Limbo z basistą zaprezentowali się jeszcze lepiej niż w Olsztynie. Big Fat Mama – poszli o krok dalej w nawiązaniach do funku lat 70. Nie dość, że grają groove Funkadelic czy Sly and Family Stone, to jeszcze wyglądają równie odlotowo. janiva_slawek.jpgWiem, że niektórzy krzywili się na tę szopkę. Mi to pasowało. Ale tu jedno „ale”. Ich występ trwał ponad 20 minut, może 30. W stosunku do całego koncertu to jak maxisingiel do album. Nie wiadomo, czy bym się nie zmęczył przy dłuższej dawce. Jak zawsze świetnie wypadło Terraplane (zapowiadane przez Janusza Konińskiego Ter-r-raplane). Grają, stojąc, przez co muza sprawia wrażenie bardziej dynamicznej. Nie wiem, może to tylko złudzenie, może jednak coś więcej. No i mają nowy materiał. Nie wiem, o co chodzi Wojtkowi Klichowi. Irek Dudek solo budzi większy podziw i szacunek niż ze stuosobowym big bandem.

Ok. Przyszedł czas na Storm Warning. Posłuchałem chwilę i stwierdziłem, że wolę nieco odpocząć przed koncertem Janivy. Dobrze wykorzystałem ten czas, bo udało mi się z nią chwilę porozmawiać, zrobić zdjęcie i jingiel dla radia. Czarująca kobieta!

bennie_slawek.jpgNo i przyszedł czas na koncert. Ile mogę się zachwycać nad jej śpiewem, głosem? Bez sensu. Nie ma co prawda tej siły, co Shemekia czy Nora Jean Bruso, ale więcej finezji, subtelności, erotyzmu. Czuje się większą lekkość stylu, bliższą klimatom Zachodniego Wybrzeża. Ważne też, że nie śpiewa ogranych standardów – żadnych Hoochie Coochie i Sweet Home C. A tematy Jeffa Turmesa są fantastyczne. You Were Never Mine – jedna z pieśni roku. Cały zespół był ekstra klasa co do groove’u, natomiast soliści nie rzucali na kolana. Może zresztą byli w cieniu Janivy. Zresztą, nie, nie, Sam Meek i Benny Yee (hammond, klawisze) są zawodowcami pełną gębą.

Wydawało się, że kończący festiwal Asylum Street Spankers skazani są na porażkę po rewelacyjnym koncercie Janivy. Pokaźny tłumek wyległ po autografy i płytę wokalistki roku. Podobno sprzedała płyty za 4000 $. Niezła sumka. A jednak ci, którzy zostali na Asylum wygrali. Pani i panowie dali czadu, aż dymiło. Postawili na show, humor, pastisz, kontakt z publicznością i jak na Rawę zupełnie nietypowy repertuar. Czy polska publiczność mogła nie pokochać Whammo, który krzyczał: „Cheese… bananas… piwo”? I z tymże piwem paradował po wybiegu, popijał, poił basistę, rzucał w publiczność. No, nie, to nie tylko to. Przede wszystkim zasługa luzu i dobrej muzyki, tematów bluesowych, country, nawet niby-hip-hopu, niby-jazzu, cytatów z hardrocka, folkowe pieśni irlandzkie, właściwie wszystko. Instrumentarium też niecodzienne: oprócz gitar akustycznych wszelkiego rodzaju, kontrabasu i zestawu perkusyjnego była mandolina, banjo, harmonijki i… piła. Aj, to była Rawa! Niełatwy będzie wybór następnej edycji.

asylum.jpg

wtorek, 16 października 2007

David Jacobs-Strain - w duchu Otisa Taylora

Robiąc porządki w bluesowych notatkach, trafiłem na info o płycie Davida Jacobsa-Straina. Pamiętałem tylko tyle, że album wzbudził mą ciekawość, ale później o nim zapomniałem. Stwierdziłem, że nim wyrzucę notkę, trzeba to jeszcze raz sprawdzić. No tak, gość nagrywa temat Otisa Taylora, R. L. Burnside’a i gra akustycznie.djs_sotwb.jpg A ja ostatnio znów mam niejaki głód akustycznego brzmienia. Te fragmenty, które przesłuchałem, zapowiadały całkiem niezły materiał. Poprosiłem Piotrka, by Jacobsa dla mnie kupił. Po kilku dniach płyta była w moich rękach. Zapytałem Piotrka: „No i jak? Słuchałeś?”. Uśmiechnął się: „Tak, podoba mi się. Tylko, wiesz, to jest Otis Taylor”. „No tak, ale DJS jest akustyczny” – żachnąłem się. Jednak gdy potem słuchałem, długo nie mogłem oprzeć się sugestywnej opinii kumpla. Tak, duch Otisa jest tu wyraźnie obecny i to celowo: ten sam producent – Kenny Passarelli, ta sama wytwórnia, wreszcie tematy Taylora i jego osoba wymieniona wśród mentorów.

Jednak David na szczęście nie jest tylko wiernym imitatorem. Przede wszystkim znakomicie opanował instrument, gitarę akustyczną, technikę slide, fingerpicking. Jego utwory nawiedza często duch Blind Williego Johnsona, szczególnie oczywiste jest to w pięknej etiudzie Poor Boy/Nobody’s Fault, ale i w Dark Horse Blues czy Wild Bill Jones. Mroczna i nieco frenetyczna atmosfera działa równie wciągająco, co twórczość Taylora. Musiałem się nieco przyzwyczaić do śpiewu Davida – to jeszcze młody chłopak i to trochę słychać, ale głos ma znakomity, przy odrobinie wyobraźni można go uznać za opętany. Atmosferę pomagają tworzyć Peter Joseph Burtt, który gra na niecodziennych etnicznych instrumentach: kora, elektryczna tamboura, mbira, cajon, djembe. Żałuję, że tak długo pomijałem ten album, ale cieszę się, że jednak go nie zlekceważyłem. Nowe muzyczne doznanie.

sobota, 29 września 2007

Gary Primich - był i go nie ma

Jego śmierć mnie niebywale rozdrażniła. Dlaczego? Co się stało? Przecież był młodym facetem.

gp_mf.jpgAkurat do Garego Primicha podchodzę z sentymentem. Pamiętam, z jakim uczuciem odkrywcy słuchałem jego płyty Mr. Freeze. To były czasy, gdy z gorliwością nowicjusza słuchałem i nagrywałem audycje Sławka Wierzcholskiego i Jana Chojnackiego. Znałem już Williama Clarke’a, Butterfielda i Piazzę. Ale Gary Primich? W „Leksykonie” nie było o nim ani słowa, internet był niemal science-fiction, a ja trafiłem na jakąś hurtową wyprzedaż w Empiku. Brałem więc sterty płyt i z wypiekami na twarzy słuchałem, wiedząc, że 80% muszę odłożyć na półkę. Ale zdobyłem między innymi Rona Levego, J. B. Hutto, Roda Piazzę, Ronniego Earla i właśnie Garego Primicha. I to jego płyty słuchałem wówczas najczęściej. Z zachwytem i zadziwieniem. Znacie to uczucie odkrywcy, który dociera na nieznany bajeczny ląd?! Tym była dla mnie muzyka Primicha. A zaraz za zachwytem czaił się niepokój z nutą ekscytacji: Boże, przecież takich cudów, o których nie mam pojęcia, mogą być tysiące. Może się zakręcić w głowie. Tak właśnie rodził się we mnie pęd do poszukiwań – głębiej i głębiej, ciekawe, co jest za następnym zakrętem. A najlepiej smakują zdobycze samodzielne.

gp_cm.jpgNie spotkałem wcześniej jednocześnie takiej dawki energii i radości. Primich miał dar grania chwytliwego, zarówno jeśli chodzi o ogólną melodykę utworu, jak i jego sola. Pozytywne nastawienie do życia po prostu słyszy się w jego grze. Zresztą wystarczy zerknąć na okładkę płyty Company Man czy Ridin’ The Darkhorse, by przekonać się, że Gary był swój człowiek.

Stylistycznie oscyluje gdzieś wokół Zachodniego Wybrzeża, często wykorzystuje tematy Jeffa Turmesa, ale w większości jednak gra własne kompozycje. W jego numerach znajdziemy dużo rock’n’rollowo-jumpowej radosności, może nawet trochę hillbilly. A przy tym jego głos, też ciepły, pozbawiony jakiejkolwiek manieryczności, straight-ahead jak mawiają Amerykanie, był idealny do tych skocznych numerów. Prywatnie sądzę, że Mr. Freeze bije na głowę każdy album Roda Piazzy. Temat tytułowy wykorzystałem w poprzedniej zajawce audycji.

gp_rth.jpgNo i muszę przyznać, że żałuję, że tak rzadko prezentowałem jego muzykę. Na owe starsze albumy rzadko jest czas, a ostatni, również dobry, jakoś prześliznął się po mojej świadomości. Może zbyt silne piętno wywarły na mnie dwa klasyczne albumy, by ten mógł mnie powalić.

Artyści tacy jak Primich coraz bardziej otwierali mi oczy na głęboko ukryte wartości bluesa. Coraz bardziej ceniłem gości, którzy nie grali w stylu „Look at ME, man”; coraz jaśniej widziałem banalność popularnego blues-rockowego wirtuozerstwa, SRV bladł…

niedziela, 23 września 2007

Bob Stroger - Bob Is Back In Town - oczarowanie

Tak, właśnie oczarowanie! A może ogłupienie, a może starość i stetryczenie?! Dać dziadkowi byle jaką zabawkę, a posika się z radości. Ech, już nie wiem. Na zdrowy rozum płyta jak tysiące: doświadczeni faceci grają bluesa jak Bóg przykazał, nie szarżują, nie wysadzają sprzętu w cholerę, nie wchodzą w transowe nieziemskie rejony jak goście typu Kimbrough, groove często leniwy…

bs_bibit.jpgNo i czemu mi tak dobrze, kiedy tego słucham? Kto tu jest czarodziejem? Bob Stroger (ha, widziałem go w tamtym roku na Rawie!), który śpiewa spokojnie, od niechcenia, bez żadnego soulowego zacięcia, ot tak jakby śpiewał dla wnuka w kołysce czy przy goleniu lub w klubie dla pięćdziesięciu osób. Na basie po prostu rzetelnie robi swoje. A może Sam Burckhardt, który przysiadł z saksofonem na barowym stołku i wypuszcza zalotne frazy do rozmarzonej kelnerki, wspartej na łokciach o blat, wpatrującej się w niego sennymi oczyma. Sam wie, że jest łatwo ją spłoszyć, więc jest dość delikatny, powściągliwy, a przy tym romantyczny, czuły i wygrywa tak cudne nuty, jakby schwycił nimfę za stopy. A może czarodziejem jest Steve Freund, który gitarą może stworzyć własny kosmos. Na pozór bliźniaczo podobny do wielu innych, ale gdy przyjrzeć mu się bliżej – niepowtarzalny, samoistny, z dopieszczonym krajobrazem, pełen kwiecistych szczegółów, przemyślanych barw, harmonii, pejzaży, a przy tym idylliczny. W jego świecie świetnie odnajduje się pianista Kenny Barker, który nie waży się budzić zbędnych huraganów.

Ha! Nie wiem, być może klucz leży w jakiejś perfekcyjnej interakcji, porozumieniu dusz, wspólnych doświadczeniach. W końcu Bob, Sam i Steve tworzyli świetny team w zespole niezapomnianego Sunnylanda Slima. To pewnie ON ich nauczył, wyjawił zaklęcia.

Jaka muzycznie jest ta płyta? Diablo stylowa! Przeważają leniwe tematy, jak I’m Busy Man czy Stranged In St. Louis. Jazzujący Jazz Man Blues należy do wyjątków, ale i tempo jest szybsze niż zwykle. W ogóle to jest chicagowski blues, tak mówią, ale nie z szorstkiej szkoły Watersa, lecz raczej bardziej „sophisticated” – Slima czy Boya. W sumie bliższe to wrażliwości Percy’ego Mayfielda, Charlesa Browna, Mercy Dee Waltona.

O! jakie fantastyczne solo Barkera. Wyobraźcie sobie płytę nagraną przez facetów dla czystej przyjemności, muzyków o wyrobionym smaku, których tylko kawał szczerego grania, a nie jakieś sztuczki-magiczki, są w stanie uszczęśliwić. Są maksymalnie wyluzowani, nie muszą podlizywać się żadnej publice, przypodobywać komukolwiek, myśleć o następnym koncercie, satysfakcji menadżera… wtedy ci goście nagrywają taką płytę.

Jeszcze raz podkreślę. To jest najzwyklejszy album na świecie. To tylko ja zgłupiałem. I dla mnie jest PERFEKCYJNY.

PS. no cholera posłuchajcie tego sola Burckhardta w Blind Man Blues! A potem taki hammond, tak, TAKI, T-A-K-I cool_9.gif

sobota, 8 września 2007

Duke Robillard - World Full of Blues - przegląd stylów

Niewielu jest gitarzystów, którzy opanowali różne odcienie bluesa w takim stopniu jak Duke Robillard. Tym bardziej że artysta z premedytacją sięga do obszarów rzadko odwiedzanych, zapoznanych lub dla innych niebezpiecznych. Ledwie kilku instrumentalistów odnajduje się zarówno w specyficznym groovie T-Bone’a Walkera (Treat Me So Lowdown), bombastycznym funku (Six Inch Heels), jak i onirycznych kompozycjach Toma Waitsa (Low Side Of The Road). Ale punktem odniesienia przez cały czas jest głęboki blues. Na dwóch krążkach gitarzysta zebrał własne kompozycje i garść pomysłów jego muzycznych braci.

 

drwfob.jpgJest więc wzorcowy jump blues z precyzyjnie punktującą sekcją rytmiczną – Jump The Blues For You, taneczny soul blues Sweet Thing, gdzie Duke używa efektu wah wah, ciekawie rozwijający się Slim Jenkin’s Joint Bookera T. Jonesa. Miłośnicy klasycznego bluesa docenią chicagowski Everything Is Broken lub harmonijkowy Slam Hammer – na harmonijce Sugar Ray Norcia. Zapewniam, że łezka zakręci się co niektórym w oku, gdy wsłuchają się w przepiękny instrumentalny Blues Nightmare. Ach, nie sposób opisać tu wszystkiego, ale żałowałbym, gdybym pominął fantastyczną wersję Who Do You Love. Z ogranego na rock’n’rollową modłę hitu Duke wyłuskuje całkiem nowe barwy, standard Bo Diddley’a brzmi nieco jak country and western, zaś Duke śpiewa dziwnym, niskim głosem. Nie omieszkam dodać, że koneserzy jazzowego oddechu też znajdą kilka perełek, jak choćby Bounce For Billy (hołd dla Billy’ego Butlera), Bright Lights Big City w aranżacji Eddiego Vinsona i Cannonballa Adderley’a, a i to nie wszystko.

 

Robillard jest otwartym, serdecznym człowiekiem, który dzieli się pasją nie tylko jako muzyk, ale również gawędziarz. Toteż każdy utwór opatrzył komentarzem. I znów – zadziwiająca jest ilość gitar, których używa: Telecaster, Galanti, Epiphone, Gibson 335, Gibson Les Paul 58, Grestch, Airline… Na szczęście muzyka nie jest zdominowana brzmieniem gitary. Dzięki temu otrzymujemy wysmakowane, więcej niż solidne (115 minut), spektrum bluesowych klimatów z najwyższej półki. Tym bardziej cieszyć się można, że pod koniec marca mistrz wystąpi w Polsce na dwóch koncertach.

 

niedziela, 2 września 2007

James Hinkle - stylowy miszmasz

Weźmy Love From a Fool! Czyż ten numer nie jest rewelacyjny?! Otwiera go gitarowy riff zdeptany szorstkim wrzaskiem saksofonu i mocna maszyna w sosie a la Blues Brothers rzuca pod nogi pełne garście radości. Aż chce się skakać – nie ma że inaczej. A jak solo na klawiszach gra Robert Cadwallader, to jakże jest słonecznie. A po palcach depcze mu Johnny Reno ze swoim seksownym rhythm’n’bluesowym solem saksofonowym. Nie wiem, czemu recenzent „Blues Revue” tak narzeka na głos Jamesa. Mi on pasuje. Może nie jest Bobbym Blandem czy Delbertem McClintonem, ale dobrze się go słucha. Porównałbym jego przyjemny śpiew do aksamitu Kena Saydaka. Owszem, James ma ograniczoną skalę, ale nigdy nie popełnia faux pas. Mam włączony w odtwarzaczu tryb shuffle, więc utwory lecą w innym porządku. Teraz słyszę funkowy Ain’t Gonna Make That Call. Szlachetne jazzujące gitarowe solo – nie powstydziłby się go Duke Robillard – zapewniam. Do tego kolorowy hammond i intensywny groove na pięć…

 

James Hinkle Blues Now Jazz LaterOstatnio niewiele rzeczy podoba mi się od deski do deski, ale to, co zrobił Hinkle, podchodzi mi w stu procentach. East Dallas Dagger – taki akustyczny kawałek. Gitarzyści, którzy siedzą w elektrycznym graniu, na ogół nie robią perełek akustycznych – tak jest i tym razem, ale temat pozytywnie buja, jak klasyczne numery Jimmiego Reeda, a to już dużo. A teraz dostojny bluesior zatytułowany Brother Love. Mistrzem takich form jest… Toscho Todorovic z Blues Company. Fani mrocznych, księżycowych bluesów Nalepy też mogą być uwiedzeni. Ja jestem. Tak w ogóle to James kupił mnie już pierwszym rasowym shuffle Track You Down – tam są takie fajne uderzenia gitarki, tyle powietrza, oddechu, że Matko Boska! Do tej samej rodziny należy nieco bardziej funky Things Change.

 

Płyta Blues Now Jazz Later to niezły miszmasz stylów, bo na przykład Minor Mule to bardzo zgrabny swing z lat 30. z figlarną partią na pianinie. Ale James też nie próżnuje. Och, to znakomity gitarzysta, bez dwóch zdań. Z kolei That’s Was Then znów mocno jazzujący – brzmienie Barney’a Kessela i śpiew z zacięciem Nat King Cole’a. Mocno zadziwił mnie temat zydeco Say It To Me One More Time. James śpiewa tu troszkę w manierze swamp bluesowej (Slim Harpo, Lightnin’ Slim). Tymczasem I Hear Stories to może najbardziej klasyczny chicagowski blues, gdzie głos lidera przypomina barwą Eddiego C. Campbella – wiem, że to dziwaczne skojarzenie, ale naprawdę tak jest. Ain’t Looking Back No More – kurcze, jaki zajefajny rock’n’rollik. Oj, polscy fani bluesa nie lubią takiego grania, przecież za dużo tu jest szczęścia, za dużo jaja, za-zbyt-niepoważne, matko, do remizy z tym! A ja uwielbiam, fiu! Jeszcze tylko wspomnę burrellowski Bopped In The Mouth. Basior plumka jak lubię. To na zrazie.

niedziela, 5 sierpnia 2007

PR nade wszystko

Wprawdzie rzecz dotyczy literatury, ale można ją potraktować znacznie szerzej i odnieść również do muzyki, w tym do bluesa. Cytaty autorstwa Andrieja Bitowa, pisarza rosyjskiego, pochodzą z rozmowy z nim zatytułowanej Wolność bez słowa – FORUM, 18.06-24.06.07 r.:

Człowiek ponad wszystko boi się okazać głupim, niezorientowanym. Ci, którzy lepiej od pozostałych potrafią nadymać policzki, zaczynają dyktować swoje warunki reszcie. To jest PR.

Sprytnego PR-u brak środowisku bluesowemu. Bluesman niestety ma przypisany wizerunek „normalnego”, zwykłego członka społeczeństwa. Brak punktu zaczepienia, dzięki któremu jakąś cechę bluesa możnaby rozdmuchać tak, by stała się marketingowo nośna. Na wartościach kultywowanych przez artystów bluesowych – prawdziwość, autentyzm, szczerość – niedaleko można zajechać w świecie, gdzie wszystko jest otoczone podwójną fasadą. W mediach podskórnie obecny jest wciąż kult oryginalności. Znów oddam głos Bitowowi:

Dziś nie ma oryginalnych, samodzielnych tekstów. Dlatego rozumiem Sołżenicyna, który bardziej troszczy się o aurę wokół swoich dzieł, niż zajmuje tworzeniem literatury.

Nie będę tym razem kombinował, jaka jest aura wokół bluesa…