O mnie

Moje zdjęcie
Niektórzy sądzą, że o muzyce nie ma sensu pisać. Ja jednak będę się beztrosko upierał, że można. Mam nadzieję, że moje subiektywne teksty zaciekawią choć garstkę sympatyków bluesa, zainspirują do rekapitulacji swoich poglądów, do posłuchania jakiejś płyty, sięgnięcia po dany artykuł, książkę albo do odwiedzenia danej strony internetowej. Miłej lektury! Pozdrawiam Sławek Turkowski

wtorek, 15 stycznia 2008

Blues - hermetyczny język potrzebny...

Zostałem poproszony o napisanie recenzji albumu bluesowego do pisma, nazwijmy to, ogólnokulturowego. Tylko nie pisz tego językiem hermetycznym – to było jedyne zastrzeżenie. Ok – powiedziałem – nigdy nie piszę językiem hermetycznym.

Jednak kiedy już wziąłem byka za rogi… Tia… To nie takie proste. Właśnie że piszę językiem hermetycznym nawet tu, piszę językiem hermetycznym w „Twoim Bluesie”, na forach, ba, nawet w radiu wyrażam się hermetycznie. Bo przecież posługuję się ewidentnymi dla mnie nazwiskami – Muddy Waters, T-Bone Walker, James Cotton, Williamson (nawet mój słownik w wordzie je zna). Używam terminów typu jump, shuffle, groove, feeling, chicagowski blues, kalifornijski blues, fat-possumowe brzmienie (no, tu może posuwam się za daleko). Nawet jeśli dopuszczam myśl, że ktoś czegoś nie rozumie, zakładam, że należy do mniejszości; jak nie, to niech się uczy, rozwija słownictwo, poszerza horyzonty. A tu? Siłą rzeczy musiałem czasem szukać innych środków wyrazu lub unikać raf, pomijając pewne frazy milczeniem.

Tak czy siak moje spojrzenie na bluesa wypłynęło na wierzch. He, oliwa zawsze sprawiedliwa.

niedziela, 13 stycznia 2008

Ronnie - Hope Radio

Nowa płyta Ronniego Earla to zawsze wydarzenie. Tytuł i okładka daje dość jasną wskazówkę. W środku widzę zabawną reprodukcję malowidła Lamara Sorrento. Ronnie słucha starego radia z gitarą podpiętą pod wzmacniacz, a w oknie widać antenę nadawczą. Tak, radio w tamtych czasach, pewnie wczesne lata 60., posiadało magiczną moc. Dziś też ma, tylko siła oddziaływania, zakres jest zgoła undergroundowy. Wątpię, by dziś ktoś słuchał Ronniego z gitarą podpiętą pod cokolwiek, próbując grać wraz z nim. Nie ma co ukrywać, że miałby trudniej niż Earl.

re_picture.jpgMateriał na płytę został zarejestrowany na żywo w studiu, stąd pod koniec pobrzmiewają szczere choć skromne brawa (trudno mówić o owacji w przypadku kilku czy kilkunastu osób). Będzie też dvd z tym materiałem.

No to jedziemy. Eddie’s Gospel Groove jest doskonały na początek: dynamiczny, gęsty riff, perfekcyjna pulsacja rytmiczna, nieco funkowa zadziorność. W muzycznej przestrzeni Dave Limina rozlewa mnóstwo hammonda, więcej go tu niż na oryginale (pierwotnie ten temat otwierał doskonałą płytę Language of Soul). Ymm… jak cudnie śpiewa tu gitara Earla!

Następny Bobby’s Bop to typowe shuffle à la Ronnie – on jest mistrzem oddechu. Zostawia dużo czasu na wybrzmienie szarpniętych strun, tak by dźwięki na dobre zadomowiły się w uchu. To ewidentnie szkoła Granta Greena czy Burrella. Numery takie jak ten to miód na moje uszy. Pięknie obnażył swą wrażliwość jeszcze niezbyt znany mi Dave Limina. Może się mylę, ale ten utwór mógłby być hołdem dla Roberta Lockwooda, któremu Earl dedykuje album.

Blues For The West Side – tytuł w połączeniu z pierwszymi nutami wszystko wyjaśnia. To dla odmiany „tribute” dla gitarzystów z zachodniej strony Chicago – Magic Sama i Otisa Rusha przede wszystkim. Wolny, instrumentalny blues (jak cała płyta) pełen dosadnej emocjonalności, chicagowskiego żaru. Uuu… Ronnie skończył jedno solo! Chwila wyciszenia i zmienił brzmienie na perliste, diamentowe, oj… kocham te subtelne nutki, wymiękam… pieścimy, pieścimy, aż nagle czuje się, że za chwilę znów wybuchniemy, dynamika rośnie, znów wulkan wyrzuca lawę żaru!

Czas na I Am With You. Początek majestatyczny, charakterystyczny, pełen napięcia, oczekiwania – powrót Tytanów. Jest coś niezwykle wzruszającego w tym temacie: nikt nie śpiewa, a jakby łkał Sam McClaim, Bobby Bland czy Otis Redding! Hej! Nie mogę tak pisać o każdym numerze… O, znów słodkie solo na hammondzie?... Nie, tylko kilka dźwięków. Ejże, panie Virtuoso, daj pan pograć innym. Wiem, że to twój album, ale czuję, że pan Limina to niezły aparat! Oj, jak ten gitarzysta pięknie podciąga struny (5:25). Jest tu taki cichutki moment, gdy niemal wszyscy przestają grać, to jest doskonałość… zasłużone brawa…

re_hr.jpgA teraz dość zaskakujący numer Katrina Blues – grany solo na gitarze akustycznej, w duchu Lightnin’ Hopkinsa, podobne zamyślenie. Jak to się ładnie układa w portret wrażliwości naszego artysty. Ten krótki, trzy i półminutowy bluesik to perełka.

Wolf Dance – tu interpretacja tytułu również jest jasna. Temat jest wyraźnie inspirowany kompozycjami Howlin’ Wolfa, np. Smokestack Lightnin’. Gitara też sążnista, skwiercząca, siarczysta. Wreszcie przyszła pora na klawisze. Za czasów Bruce’a Katza było tego więcej. Teraz ku memu zaskoczeniu w jego rolę świetnie wcielił się „Madcat” Ward – na ogół basista. Ronnie – jak wielu jest gitarzystów, u których miłość do muzyki słychać tym mocniej, im subtelniej grają???

Kay My Dear – czy ja nie znam tego utworu? Bardzo liryczny, poetycki nastrój od samego początku. Poezja pisana kostką. Czy to tu jest lekko obecny duch Santany? Może Petera Greena? Lubię takie pastelowe pejzaże, impresyjne, przeradzające się stopniowo w wyznanie wiary, szukanie Boga, ekstazę.

Następny Blues For The Homeless jest nieco podobny stylistycznie. Powiedziałbym, że to pewne potknięcie w doborze repertuaru, choć utwór znakomity.

O! Po raz pierwszy Ronnie coś powiedział przed utworem – Beautiful Child. Napisał go po wyjściu z nałogu alkoholowego, kiedy wreszcie ujrzał rzeczywistość na trzeźwo i był zauroczony. Kompozycja jest zatem afirmacją świata, wyrazem upojenia. A jaka jest – delikatna, wyrażająca jakby onieśmielenie bogactwem, cudownie spokojna, ciepła, przytulna jak puchowa kołderka. Jeszcze sympatyczniejsza okazuje się, gdy czule gra na nam Dave Limina. Będę puszczał ten temat dziecku do kołyski. Nie ma tu żadnego ostrego dźwięku, a jednocześnie muzycy grają z tak niesłychanym namaszczeniem, zaangażowaniem, że jest to wciągające i otumaniające. Zresztą cudnie brzmi również delikatna perkusja (Lorne Entress) czy zmysłowy bas (Jim Mouradian).

Blues For Otis Rush to mocna rzecz, może najmocniejsza. Rozsadza uszy energią, gitara i hammond przeplatają się w orgiastycznym tańcu, z umęczonych strun Książe wyciska siódme poty, uch… niemal po czterech minutach daje odetchnąć. Tu dopiero słychać gościa – Nicka Adamsa – wspomagającego dyskretnie lidera swymi gitarowymi akordami. Ciekaw jestem, co czuje Otis Rush, słuchając tegoż utworu. Musi być wniebowzięty, musi być dumny. Momenty liryczne przeplatają się z dynamicznymi – zresztą jest to klasyczna metoda Earla – przyrąbać, a potem wyluzować lub odwrotnie.

No i mamy ostatni temat New Gospel Tune rozpoczynający się piękną fortepianową introdukcją. Lekki, radosny temacik z frywolną gitarką, bezpretensjonalny, pełen gracji. Oj, bardzo pogodnie kończy się to spotkanie z czarodziejem.

Na koniec jeszcze drobna uwaga. Album jest znakomity, a jednak miałem pewne uczucie deja vu. Nic dziwnego. Dla osób znających płyty pana E. nie będzie tu wielu niespodzianek: tematy 1, 4, 9 – album Language of Soul, 3 – Still River, 6 – I Feel Like Goin’ On, 7 – Now My Soul. Mamy zatem tylko pięć nowych utworów, załóżmy, że nowych. Ale i tak warto .  :)

czwartek, 10 stycznia 2008

Willie Cobbs - czemuż by nie!

O, jak to dobrze mieć chwilę na zrobienie tego, na co ma się ochotę! A ja właśnie wymyśliłem sobie, że napiszę coś o pierwszej lepszej płycie, która mi się nawinie. Bach, bach, strzał i padło na Willie’ego Cobbsa. Jestem właśnie w połowie. Nie wiem, czemu Willie tak się męczy, śpiewając czasem, jakby łamał mu się głos, czasem ocierając się o fałsz. A najgorzej jest, gdy śpiewa falsetem. Coś mu spadło na ciało w nieodpowiednim miejscu?.. I do tego w najsłynniejszym numerze – You Don’t Love Me? Tak, tak, przecież to Willie skomponował ten temat, bodajże w 1960 lub 1961 roku. O, a jak chłopak chce, to potrafi całkiem mocno szarpnąć gardłem. W sumie śpiewa trochę soulowo. Gra na harmonijce wg szkoły Jimmiego Reeda. Długawy ten numer, pianino mi się podoba. Ciekawe, że na ogół gitarzystą solowym jest znany w Polsce Johnny Rawls.

wc_dte.jpgMoże przy okazji uściślijmy: mówimy o płycie Down To Earth, wydanej dla znakomitej (kultowej?) wytwórni Rooster Blues (spośród kilkunastu płyt, które przeszły przez moje palce, tylko jedną sobie odpuściłem). Materiał wydano w 1994 roku i był to drugi album artysty z prawdziwego zdarzenia. Nasz artysta – wokalista i harmonijkarz – urodził się w 1932 roku w Arkansas. W 1947 wyjechał do Chicago, gdzie jamował na Maxwell Street np. z Little Walterem czy Eddie’m Boydem.

Muszę przerwać tę gawędę, bo właśnie leci fajny rozbujany temacik New Slow Down Baby – pulsacja trochę jak Magic Slim, takie bardziej południowe Chicago. :) W ogóle to Willie nieźle kombinował – nakładają się tu dwie harmonijki – jedna przesterowana, druga czysta jak moje konto przed pierwszym. A jako wokalista też tu się mniej wygłupia. Co by nie powiedzieć, śpiewa z sercem. Ma bardzo charakterystyczne wibrato. Jego harmonijka też ma jakieś specyficzne drżenie, nie wiem dlaczego – sprzęt czy gardło?

Ot, i kończę, tak niby w środku płyty. Niechże się czytelnicy przyzwyczają…

niedziela, 18 listopada 2007

Rick Holmstrom Late in The Night

Ten instrumentalny numer jest jak film sensacyjny, nie – jak dobrze skrojona sztuka lub opowieść: Peculiar Hop. Rozpoczynamy od prologu – równe uderzenia puszystej perkusji, pierwsze, do końca wybrzmiewające akordy gitary – niczym prezentacja bohaterów. Przy każdym akordzie dźwięczne dzwonki. Chwilę później słyszymy motyw przewodni, w którym wyraźnie wyczuwalna jest nuta oczekiwania na prawdziwy początek. Wreszcie gong i ruszamy pełną parą. Opowieść płynie wartko, czasem zwalnia, to znów przyspiesza, po momentach uniesienia pojawiają się chwile uspokojenia, gdy można nieco odetchnąć, by znów dać się porwać. A wszystko grane jest tą fenomenalnie brzmiącą gitarą, która czasem pełna jest bogatego pogłosu, czasem znacznie bardziej oszczędna. Na koniec zaś dochodzimy do krótkiego, nawet nieco podniosłego, finału.

rh_litn.jpgPotem wskakujemy do wygodnego thunderbirda, by odejść, odjechać, odpłynąć. Drugi numer ma beztroskę, którą tylko Amerykanie mogą mieć. W każdym razie tak go odbieram. Odchodzę (I’m Leaving), jest mi z tym dobrze. Ten pierwszy dźwięk gitary jest jak odpalenie silnika, potem czujemy parę pod pedałem, wciskamy sprzęgło, puszczamy je (moment wejścia sekcji rytmicznej), gaz… wyrywamy gorący piasek spod kół i prujemy. Kalifornijskie słońce przyjemnie przypieka, a przy tej prędkości niezbyt daje się we znaki. I tak sobie jedziemy, znów mamy wszystko gdzieś, stary świat pozostaje za nami, bak pełny, cała reszta przestaje się liczyć, w uszach dźwięczy nam I’m Leaving… Oj, to mój murowany hit! Niech nikt mi nie mówi, że to taki niepoważny kawałek, bo i tak go kocham.

Uwielbiam grę tego faceta. Do tłustego feelingu zachodniego wybrzeża dodaje szczyptę zwariowanej surfującej gitarki Dicka Dale’a i dzięki temu jego brzmienie nabiera niesamowitej spoistości, jest ciut drapieżne, niepoprawne a przy tym lekkie i swingujące zarazem. Rick nie jest też co prawda wybitnym wokalistą, ale ponieważ zna swe ograniczenia, zręcznie wykorzystuje atuty – melodyjność, przyjemną barwę i czasem lekką chrypkę.

Fantastyczny jest również ascetyczny rytmicznie 77 Red V8, taki downhome blues à la Holmstrom, z dwoma gadającymi gitarami – na drugiej inny magik z tamtych stron, Jeff Turmes.

Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że ów album nie ma słabych punktów. Jednak są jeszcze co najmniej dwie perełki, o których chcę wspomnieć. Descanso – późno nocny wczesnoporanny barowy jazzik. Zakochane pary, śpiąc, wciąż tańczą na opustoszałym parkiecie, pechowi hazardziści zgrani do cna próbują szczęścia po raz ostatni, barman po raz setny przeciera kontuar, kelnerka przeciera oczy, samotni pijacy świadomi głupiego farta, zastanawiają się, jakim cudem jeszcze nie wyrzucono ich na zbity pysk, Turmes na saksie i Holmstrom grają unisono modlitwę do upadłych aniołów w ciałach ciut mniej ponętnych niż Salma Hayek; niepoprawna romantyczka wypala po raz kolejny ostatniego papierosa w życiu. Puuuchchch… skończyło się. Światło zgasło, pusta szklanka.

Hm… ktoś pomylił się z kolejnością utworów na płycie, bo kilka godzin wcześniej ci sami goście wypruwali flaki ze wzmacniaczy przy dzikim Rainy Day Women #12 & 35. A na życzenie pięknej Meksykanki przycięli fikuśnego rock’n’rolla Hey Johnny.

Rick kończy album kompozycją In The Night. Kawałek ma taki timing, taki feeling, skręca tak, że niemal wiję się po podłodze. Tempo średnie, takie „w środku nocy”, wyluzowany śpiew, ilość tlenu jak w butli tlenowej (może dlatego tak odpływam). O! A solo jakie wysmakowane, oszczędne, proste, bez jednej zbędnej nutki!..

Rozpisałem się jak wariat, jednak tak chciałem o mojej płytce napisać. Rick! Hats off!

poniedziałek, 5 listopada 2007

Frank Morey i... W drodze...

29 listopada w naszym pięknym mieście zagra Frank Morey. Jego muzyka mieści się w andrzejowo-jerzykowym terminie „Okolice Bluesa”, tyle że nie z jego strony. Jeśli jednak ktoś lubi odjechane amerykańskie klimaty, to szybko da się kupić.

kerouac_w_drodze.jpg

Podobnie i ja – ani się obejrzałem, gdy coraz łapczywiej zacząłem chłonąć te dźwięki, ten feeling. Tu nieważne są poszczególne nuty, ta muzyka jest jak gorący strumień emocji, płynie, a ty zanurzasz się, nogi robią się miękkie, wzrok nieprzytomny i nagle znajdujesz się gdzieś na zachodnim wybrzeżu Stanów, siedzisz w zadymionej knajpie, nie pamiętasz, co wczoraj robiłeś i masz gdzieś to, co będzie jutro.

 

A kiedy sięgnąłem po książkę Jacka Kerouaca, po W drodze, już było po mnie. Kerouac to przepis na złapanie smaku Moreya. Choć on sam się do tego nie przyznaje, ale to COŚ jest w powietrzu, którym obaj oddychają. Złapcie ten motyw

 

 

Ale wtedy jeszcze tańczyli na ulicach, jakby mieli kuku na muniu, a ja kusztykałem za nimi, tak jak przez całe życie kusztykam za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle strzela niebieskie jądro i o tłum krzyczy „Oooo!”.

Jack Kerouac, W drodze, PIW Warszawa 1993, s. 11.

 

 

I let it roll. Take the good times when it come

Put down the whiskey cocaine and guns

Let the good times roll… Frank Morey, Let It Roll

 

Jeszcze nie zdążyłem się wgramolić na platformę, a już ciężarówka ruszyła z łoskotem; zatoczyłem się, jeden z pasażerów mnie złapał, usiadłem. Ktoś mi podsunął flaszkę hary, w której zostało coś na dnie. Pociągnąłem, zachłysnąłem się obłędnym, lirycznym, dżdżystym powietrzem Nebraski.

 

– Fruuu, jedziemy! – rozdarł się szczeniak w baseballowej czapce, chłopaki wrzuciły sto dziesięć i wyprzedzały wszystkich na szosie. – Jedziemy już tym draństwem od Des Moines. Ci faceci w ogóle nie stają. Co jakiś czas trzeba wrzeszczeć, żeby się dali odlać, bo inaczej człowiek musiałby chyba lać w powietrze, no i trzymać się, brachu, dobrze się trzymać.

s. 30–31.

fm_ds.jpg

 

My pocket are empty

My throat is dry

My Hades in my hands

I’m asking, „Why me lord why”

If the whiskey do my talking – I’m in for a quiet night… Frank Morey, Dry Up

 

Meksykaneczka spała u mnie na kolanach. Wyglądałem pożądliwie przez okno – domy zdobione sztukaterią, palmy, zajazdy, całe to szaleństwo, łachmaniarska ziemia obiecana, niezwykły kraniec Ameryki. Wysiedliśmy z autobusu przy Ulicy Głównej, która nie różniła się od głównej ulicy, kiedy wysiada się z autobusu w Kansas City, Chicago czy Bostonie – kamieniczki, brud, wokół snują się rozmaite indywidua, tramwaje suną ze zgrzytem przez ten beznadziejny świt, kurewski smród wielkiego miasta.

s. 101–102.

This town never stopping

Barhoppin people walk in circles

Theirs is music down on middle street

Dancing down in market square… Frank Morey, Moonlight

 

środa, 17 października 2007

Rawa Blues 2007

Jak na jeden dzień wyjątkowo dużo wrażeń. Gdybym chciał i mógł być świadkiem wszystkiego, byłby to pewnie nadmiar. Ale tu chodzi też o to, by dla każdego znalazło się coś ciekawego. Założenie, że festiwal jest udany, gdy podoba mi się wszystko, jest absurdalne.

puste_biuro2.jpgWszystkiego też nie mam ochoty opisywać. Udało mi się usłyszeć kilka zespołów bocznej sceny. Pierwszym, który zapamiętałem, był Mizia & Mizia. Na Rawie występowali wielokrotnie i mam wrażenie, że do tego się ograniczają. Kochają chicagowskiego bluesa. Grają standardy, ale na szczęście nie tylko te najbardziej ograne. Wizualnie rzuca się w oczy niespójność albo niechlujność wyglądu. Jeden gitarzysta w marynarce, harmonijkarz w czerwonej bluzie polarowej (br…), drugi gitarzysta w koszuli. Trzeba się na coś zdecydować.  Podobała mi się gra gitarzysty slide, jego głos, choć niewybitny, dobrze się wpasował. Tylko niestety ciągle nie mogli się rozpędzić, trochę to rozlazłe było, bez pary.
Bardzo przypadł mi do gustu kompletnie nieznany zespół Puste Biuro. Duży skład: gitara, bas, perkusja, saksofon, śpiew i dwuosobowy chórek. Tu był żywioł, radość grania, zapewne w dużym stopniu zasługa wokalistki Karoliny Kidoń. Muzycznie – trochę w duchu Arethy Franklin, soul bluesa, bluesa, funku. Gdy Karolina śpiewała po polsku, słychać było troszkę Ewę Bem. Była zachwycona występem Janivy Magness. Wyraziła się po jej koncercie, że chciałaby „iść w tę stronę”. Trzymam kciuki.


Clezmer'sSkoro o wokalistkach mowa, to zupełnie inne klimaty preferowała pani ze Zbig Bandu (ależ dancingowa nazwa). Tu dominował blues rock nawiązujący do polskich klimatów a la Dżem, Nalepa, feeling Janis Joplin. Silny głos, pewność siebie na scenie, zaangażowanie. Też chciałbym, by trochę zamieszali na polskiej scenie.


Marek Motyka mógłby co do otyłości konkurować z Johnny Winterem. Taki bluesowy prawdziwek ze Śląska. Ukochał Freda McDowella. Jego gitara najpierw wydawała nieprzyjemne zgrzyty, ale potem zaczęła gadać z sensem. Brzmienie było ciekawe, ale takie też miał na niektórych płytach McDowell. Szkoda, że całkiem w porządku harmonijkarz, który mu towarzyszył, grał przesterowanym, elektrycznym brzmieniem.



Zupełnie nieznana grupa Clezmer’s okazała się kolejnym wcieleniem Blues Brothers, tym razem w jasnych garniturach. Jedynie wokalista, jako żywo John Goodman, paradował w czarnym. No i było wesoło, żwawo, radośnie. Poznawczo, jak zazwyczaj, boczna scena wypadła ciekawiej niż duża.

janiva_magness_cd.jpgMiałem szczęście być świadkiem czegoś, co nie każdemu dane było słyszeć i oglądać. Udało mi się zakraść na dużą scenę Spodka, gdy jednym uchem złapałem znajome dźwięki – soundcheck Janivy Magness! Na płytach jej głos robi wrażenie, ale to tylko płyta. Technika robi cuda. Można poza tym robić kilka wejść, wybrać najlepszą wersję. Ale tu słyszałem to na żywo, bez zciemy, głos Janivy brzmiał jeszcze piękniej. Ciary przeszły mi po plecach. Wiedziałem, że to będzie jeden z tych koncertów, których się nie zapomina. Dzięki pomocy Vicki znałem już skład i byłem nieco rozczarowany. Miałem cichą nadzieję, że usłyszę i zobaczę np. Zacha Zunisa albo i ho, ho! Ricka Holmstroma. Sam Meek – nic mi to nie mówiło. Ale warto zerknąć na jego stronę, przejrzeć listę artystów, których wymienia jako inspiracje. Budujące!

Duża scena bez zaskoczeń. Limbo z basistą zaprezentowali się jeszcze lepiej niż w Olsztynie. Big Fat Mama – poszli o krok dalej w nawiązaniach do funku lat 70. Nie dość, że grają groove Funkadelic czy Sly and Family Stone, to jeszcze wyglądają równie odlotowo. janiva_slawek.jpgWiem, że niektórzy krzywili się na tę szopkę. Mi to pasowało. Ale tu jedno „ale”. Ich występ trwał ponad 20 minut, może 30. W stosunku do całego koncertu to jak maxisingiel do album. Nie wiadomo, czy bym się nie zmęczył przy dłuższej dawce. Jak zawsze świetnie wypadło Terraplane (zapowiadane przez Janusza Konińskiego Ter-r-raplane). Grają, stojąc, przez co muza sprawia wrażenie bardziej dynamicznej. Nie wiem, może to tylko złudzenie, może jednak coś więcej. No i mają nowy materiał. Nie wiem, o co chodzi Wojtkowi Klichowi. Irek Dudek solo budzi większy podziw i szacunek niż ze stuosobowym big bandem.

Ok. Przyszedł czas na Storm Warning. Posłuchałem chwilę i stwierdziłem, że wolę nieco odpocząć przed koncertem Janivy. Dobrze wykorzystałem ten czas, bo udało mi się z nią chwilę porozmawiać, zrobić zdjęcie i jingiel dla radia. Czarująca kobieta!

bennie_slawek.jpgNo i przyszedł czas na koncert. Ile mogę się zachwycać nad jej śpiewem, głosem? Bez sensu. Nie ma co prawda tej siły, co Shemekia czy Nora Jean Bruso, ale więcej finezji, subtelności, erotyzmu. Czuje się większą lekkość stylu, bliższą klimatom Zachodniego Wybrzeża. Ważne też, że nie śpiewa ogranych standardów – żadnych Hoochie Coochie i Sweet Home C. A tematy Jeffa Turmesa są fantastyczne. You Were Never Mine – jedna z pieśni roku. Cały zespół był ekstra klasa co do groove’u, natomiast soliści nie rzucali na kolana. Może zresztą byli w cieniu Janivy. Zresztą, nie, nie, Sam Meek i Benny Yee (hammond, klawisze) są zawodowcami pełną gębą.

Wydawało się, że kończący festiwal Asylum Street Spankers skazani są na porażkę po rewelacyjnym koncercie Janivy. Pokaźny tłumek wyległ po autografy i płytę wokalistki roku. Podobno sprzedała płyty za 4000 $. Niezła sumka. A jednak ci, którzy zostali na Asylum wygrali. Pani i panowie dali czadu, aż dymiło. Postawili na show, humor, pastisz, kontakt z publicznością i jak na Rawę zupełnie nietypowy repertuar. Czy polska publiczność mogła nie pokochać Whammo, który krzyczał: „Cheese… bananas… piwo”? I z tymże piwem paradował po wybiegu, popijał, poił basistę, rzucał w publiczność. No, nie, to nie tylko to. Przede wszystkim zasługa luzu i dobrej muzyki, tematów bluesowych, country, nawet niby-hip-hopu, niby-jazzu, cytatów z hardrocka, folkowe pieśni irlandzkie, właściwie wszystko. Instrumentarium też niecodzienne: oprócz gitar akustycznych wszelkiego rodzaju, kontrabasu i zestawu perkusyjnego była mandolina, banjo, harmonijki i… piła. Aj, to była Rawa! Niełatwy będzie wybór następnej edycji.

asylum.jpg

wtorek, 16 października 2007

David Jacobs-Strain - w duchu Otisa Taylora

Robiąc porządki w bluesowych notatkach, trafiłem na info o płycie Davida Jacobsa-Straina. Pamiętałem tylko tyle, że album wzbudził mą ciekawość, ale później o nim zapomniałem. Stwierdziłem, że nim wyrzucę notkę, trzeba to jeszcze raz sprawdzić. No tak, gość nagrywa temat Otisa Taylora, R. L. Burnside’a i gra akustycznie.djs_sotwb.jpg A ja ostatnio znów mam niejaki głód akustycznego brzmienia. Te fragmenty, które przesłuchałem, zapowiadały całkiem niezły materiał. Poprosiłem Piotrka, by Jacobsa dla mnie kupił. Po kilku dniach płyta była w moich rękach. Zapytałem Piotrka: „No i jak? Słuchałeś?”. Uśmiechnął się: „Tak, podoba mi się. Tylko, wiesz, to jest Otis Taylor”. „No tak, ale DJS jest akustyczny” – żachnąłem się. Jednak gdy potem słuchałem, długo nie mogłem oprzeć się sugestywnej opinii kumpla. Tak, duch Otisa jest tu wyraźnie obecny i to celowo: ten sam producent – Kenny Passarelli, ta sama wytwórnia, wreszcie tematy Taylora i jego osoba wymieniona wśród mentorów.

Jednak David na szczęście nie jest tylko wiernym imitatorem. Przede wszystkim znakomicie opanował instrument, gitarę akustyczną, technikę slide, fingerpicking. Jego utwory nawiedza często duch Blind Williego Johnsona, szczególnie oczywiste jest to w pięknej etiudzie Poor Boy/Nobody’s Fault, ale i w Dark Horse Blues czy Wild Bill Jones. Mroczna i nieco frenetyczna atmosfera działa równie wciągająco, co twórczość Taylora. Musiałem się nieco przyzwyczaić do śpiewu Davida – to jeszcze młody chłopak i to trochę słychać, ale głos ma znakomity, przy odrobinie wyobraźni można go uznać za opętany. Atmosferę pomagają tworzyć Peter Joseph Burtt, który gra na niecodziennych etnicznych instrumentach: kora, elektryczna tamboura, mbira, cajon, djembe. Żałuję, że tak długo pomijałem ten album, ale cieszę się, że jednak go nie zlekceważyłem. Nowe muzyczne doznanie.