O mnie

Moje zdjęcie
Niektórzy sądzą, że o muzyce nie ma sensu pisać. Ja jednak będę się beztrosko upierał, że można. Mam nadzieję, że moje subiektywne teksty zaciekawią choć garstkę sympatyków bluesa, zainspirują do rekapitulacji swoich poglądów, do posłuchania jakiejś płyty, sięgnięcia po dany artykuł, książkę albo do odwiedzenia danej strony internetowej. Miłej lektury! Pozdrawiam Sławek Turkowski

czwartek, 7 lutego 2008

Duke Robillard and Friends - dvd

Nie jestem fanem koncertów DVD. Płyta audio to wielka rzecz. Obraz wydaje mi się gadżetem. Uwagę przykuwają wówczas rzeczy nieistotne. Ale czasem boli mnie głowa (jak dziś) i wtedy koncert to dobry pomysł.

dr_wf.jpgDuke Robillard zaczął dźwiękami z Delty. Samotny gitarzysta z gitarą rezofoniczną. Stronę wokalną traktuje z nadmiernym pietyzmem, ale przynajmniej można go zrozumieć. Siedzi sobie, nie spieszy się, gawędzi co nieco z publicznością, która po prostu go lubi. W drugim numerze zmienia gitarę na akustyczną, w trzecim elektryczno-akustyczną i gra Cow Cow Blues. Bardzo radośnie – z całym zespołem.

Och, piękny swingujący duecik z gitarzystą Paulem Kolesnikowem, który pojawia się również na ostatniej płycie. Oglądam ten koncert i myślę o tym, co będzie się działo w Hybrydach, co Duke zagra, jak, czy Doug James będzie miał okazję błysnąć. Tu jest np. klarnecista, w Wawie będzie tylko kwintet, może go zabraknąć, ale to i tak fantastyczny skład. Według mnie nikt z takich obszarów muzycznych u nas nie grał. Bo przecież Paul Lamb, Little Charlie czy Otis Grand, choć o podobnej filozofii, grają jednak inaczej. Nie spodziewam się szaleństwa, huraganu dźwięków. Spodziewam się perełek, cudownego feelingu, ducha T-Bone’a Walkera, czasem mięsa, czasem niezrównanej delikatności.

Doug gra jakże rasowe solo w Lonesome Woman Blues. A orkiestra swinguje, że skry lecą.

Rany, w Blue Harlem Al Basile zagrał takie solo na kornecie, że zapomniałem, gdzie jestem. Dobrze, że teraz Doug James troszkę uspokoił atmosferę. Ha. Doug James, saksofonista, wygląda dość statycznie, grając solo, ale kamera akurat łapała Ala Basile’a, który stał obok i to Al przeżywał za Jamesa. Co za facet!

Drugi set zaczyna się bardzo bluesowo – Buy Me A Dog z płyty Living With The Blues. Gościem jest Jerry Portnoy – na mnie robi wrażenie. Portnoy jest super zawodowcem, ale niezmanierowanym. Czuję w tym konkret. O kurcze, jest tu numer z płyty Douga Jamesa. Muszę tego poszukać. Tym bardziej że Doug przepięknie gra na barytonie. Kocham ten instrument. Co prawda Sax Gordon jest dzikszy, ale Doug jest bardziej romantyczny. Kurcze, jednak ci goście to jazzmani pełną gębą. Wystarczy posłuchać sola Martego Ballou na kontrabasie. A perkusista Mark Teixera przecież nagrał soul-jazzową płytę.

No i tak się to moje pisanie skończyło, że wymiękłem i wtopiłem się w koncert. Ogólnie bardzo swingujący i zabrakło mi trochę elektrycznego, mięsistego bluesa. Mam nadzieję, że u nas będzie go więcej.

piątek, 1 lutego 2008

Gospel? hm... musi być chór?

Dwa tygodnie temu byłem na występie chóru gospel, gdzie występowała nasza przyjaciółka. Byli tam też nasi bliscy znajomi, i o dziwo, również im się podobało. Wobec tego przy pierwszej lepszej okazji wpadłem na pomysł pokazania im koncertu Blind Boys of Alabama, koncert galowy z pompą, gośćmi (między innymi Robert Randolph), no cudo. Ogromnie się wzruszałem, gdy oglądałem go po raz pierwszy.

No dobrze, odpalamy. Siedzi pięciu starszych panów, ubranych na czarno. Za ich plecami zawodowa maszyna – sekcja rytmiczna, gitary, hammond (John Medeski). Jak to, to jest gospel?! A gdzie chór? – to było pierwsze pytanie. Nie ma chóru, oni tak grają – wyjaśniłem lekko zbity z tropu. E…. bez chóru, to co to za gospel. A po co ten zespół gra, on wszystko psuje.Tak się gra współczesny gospel, nie musi być chóru, by był gospel – próbowałem tłumaczyć, dziwiąc się sam sobie, że stoję w obliczu jakiś dziwnych wyobrażeń. Są w ludzkiej głowie pewne schematy, których łamanie wywołuje konsternację. Kurcze, to jakieś dziadki śpiewają różne popularne kawałki i to ma być gospel! (W repertuarze była między innymi pieśń People Get Ready Curtisa Mayfielda). Uśmieszki wywołał również jeden z wokalistów śpiewający falsetem. Po winie wiele rzeczy jest śmiesznych. No, nie powiesz mi, że TO jest gospel – triumfująco powiedziała Ania, słysząc motyw, który zazwyczaj kojarzy się z Domem Wschodzącego Słońca albo opowieścią więzienną o Funflu (Kult). Nie może przecież mieć nic wspólnego z gospel taaaki temat, choć szybko podważyłem tę pewność. Tłumaczyłem, że to Amazing Grace, stary hymn chwalebny, tu nawiązujący melodycznie do House of The Rising Sun - starej pieśni angielskiej (kto zresztą wie, co było pierwsze i co na czym oparte). No dobrze, to dlaczego to jest gospel? – padło pytanie. Zmęczony, skonsternowany i niepewny, jak mogę wytłumaczyć oczywistość, odparłem, że pewnych rzeczy nie da się odciąć jak nożem, tym bardziej że na gospel i bluesie opiera się cała muzyka rozrywkowa. Zniechęcony przerzucałem utwór po utworze, widząc, że naszych gości jedynie męczę, a może i obrażam poczucie wszechwiedzy. Trochę dłużej zatrzymałem się w żywiołowym finale, który wydawał mi się już esencją gospelowej motoryki, i usłyszałem, że trochę to przypomina… country, dodatkowo: Nie lubię, jak oni ciągle grają to samo. Kompozycja rozwijała się w typowo transowy sposób.

Niezły kubeł zimnej wody. Wszędzie można usłyszeć wszystko. Podobno nasz umysł dopasowuje smaki i lepiej wyczuwa te, które już zna. Im więcej potraw kosztujesz, tym bogatszy bank danych ma twój mózg. Tak samo musi być z muzyką. To, co dla mnie jasno wyczuwalne, dla innych jest jedynie mglistym galimatiasem dźwięków. To tak jakby ktoś pił ledwie parę razy w życiu białe wino, ale i czerwony likier. Gdy potem dostanie czerwone wino, obrazi to jego „wyrafinowane” poczucie smaku. Jak to, wino? Przecież to jest czerwone!

A gospel? No cóż. Blind Willie Johnson grał gospel tylko z gitarą, czasem z żoną. Do dziś czasem jest traktowany jako bluesman, bo środki jego ekspresji były wykorzystywane przez gitarzystów bluesowych. W latach 40. było mnóstwo zespołów gospel, np. kwartetów jak Golden Gate Quartet. Koleżanka poczuła się niemal obrażona, gdy powiedziałem: Jak myślisz, że gospel to tylko chór a cappella, to tak jakbyś o bluesie myślała tylko w kategoriach: siedzi starszy czarny gość i gra na gitarze. To stereotyp. No cóż. Tyle na dziś.

czwartek, 31 stycznia 2008

Junior Kimbrough - klasyka lat 90.

Kora przypomniała Juniora Kimbrough'a na forum blues.com.pl, więc czas najwyższy przymomnieć recenzję. Napisałem ją dla magazynu „Twój Blues”, gdzie ukazała się w czerwcu 2001 roku (nr 5).

jk_anl.jpgAll Night Long. Z ciszy wyłania się dźwięk samotnej gitary elektrycznej, jakby ktoś włączył zapis w dowolnym momencie utworu. Frazy rytmiczne prowadzone równolegle z chaotyczną linią melodyczną zdradzają starą szkołę mistrzów akustycznych np. Freda McDowella. Junior Kimbrough zaczyna śpiewać. Jego szorstki, ciemny głos jest pełen siły, pasji i niewypowiedzianej bluesowej tęsknoty. Już tu słyszymy transowy, nisko osadzony rytm. Następny utwór jest trochę szybszy: gęsty rytm, sola prowadzone mimochodem, spontaniczne, rwane i zagadkowe. W trzecim utworze ruszamy pełną parą, dochodzi gitara basowa i perkusja. Hipnotyczna, mroczna pulsacja jednocześnie zmuszająca do tańca, niewyraźny śpiew Juniora z papierosem w ustach. Meet Me In The City jest jakby weselszy, ocierający się o bagniste, ciepłe klimaty z Luizjany, partie solowe jakby ich nie było, zupełnie nieeksponowane, integralnie włączone w motorykę utworów, jednocześnie proste i oryginalne. Dalej mocna praca perkusji. Tytuł jest ikoną utworu. To nie jest radosna muzyka. Junior po swojemu monodeklamuje. Umiejętnie budowane napięcie, choć nie czuje się żadnego wysiłku aranżacyjnego. Ta muzyka gra się sama. Kolejne kompozycje oparte są na tym samym hipnotycznym, kołyszącym pulsie, „przypadkowo” szarpanych strunach, pełnych przestrzeni fraz, pozbawionych wyszukanych ozdobników. No i głos Juniora pełen osobistej medytacyjności, szamański, na granicy utraty nadziei, sięgający korzeniami archaicznych pieśni pracy . „I need you baby, nobody but You” – Junior śpiewa do kobiety, która albo jest daleko, albo stoi odwrócona plecami. Album kończy się również utworem solowym w byle jakim momencie, sugerującym, że artysta wcale nie przestał grać, że trans trwa ... Aż trudno uwierzyć, że ten album powstał dopiero w 1992 roku, kiedy muzyk, grający już kilkadziesiąt lat, miał po sześćdziesiątce. Zrealizował go wielki admirator bluesa Robert Palmer w domu Juniora. Na perkusji grał syn gitarzysty Kenny Malone, a na basie syn L. R. Burnside'a – Garry. Palmer nie ingerował w kształt granych utworów, toteż otrzymaliśmy piękną porcję ekstremal­nie surowego bluesa z głębokiego Południa.



Podobny charakter ma drugi krążek Sad Days Lonely Nights.

jk_sdln.jpgZarejestrowany podczas jednego z licznych koncertów w knajpie Juniora, tzw. juke joint. Dodatkowo gra tu drugi gitarzysta – Cedrick Jackson. Panuje gorąca atmosfera (choć nie słychać zajętej tańczeniem publiczności). Oprócz kompozycji własnych Kimbrough gra przypisywaną Hookerowi Crawling King Snake i tradycyjny temat Old Black Mattie. Trochę tu więcej solowych partii gitarowych z użyciem glissanda, jeszcze surowsze, brudne brzmienie. Zbliżony materiał muzyczny mógłby być nieco nużący, gdyby nie ów niemożliwy do opisania wibrujący puls. Dźwięki wywołują obraz nocnej podróży autem samotną zalesioną trasą. Dodać należy, że ta muzyka jest na wskroś współczesna, harmonizuje z obecnym w kulturze uczuciem niepokoju, osamotnienia i potrzebą narkotycznego upojenia, oczyszczenia.

Junior Kimbrough zmarł w 1998 r. Została ponad­czasowa gra zapisana na krążkach. Absolutna klasyka lat 90.



piątek, 25 stycznia 2008

Walker brzęczy koło ucha...

Nawet tego nie rozumiem. Przykleił mi się kawałek T-Bone’a Don’t Give Me The Runaround. Gdybym jeszcze słuchał wczoraj czy tydzień temu Bone’a – rozumiałbym. Jednym przykleja się Jozin z Bazin, a mi Don’t Give Me… I czemu ten kawałek? Czy jest niezwykły? Jest! Jak dla mnie otwierający utwór pojedynczy akord wystarcza za niejedno solo. Wcale to jednak nie wyjaśnia, czemu ów temat nagle wypłynął z zatęchłych zakamarków pamięci i brzęczał tuż przy uchu. Wiadomo, jedynym lekarstwem na brzęczenie jest posłuchanie tegoż brzęczenia kilka razy naprawdę. Jak już włączyłem, to… zaczęło się.walker_tbs.jpg

Przypomniałem sobie zaniedbane założenie, by prezentować w co drugiej audycji nagrania Walkera. Są krótkie, więc niezbyt się powinny naprzykrzać tym, którzy ich nie lubią. (Są tacy???) Gdzie skończyliśmy? Nagrania z Imperiala, lata 50. Czas na Glamour Girl i Strollin’ With Bone. A potem dla porównania te swingowo-sinatrowe nagrania z Marlem Youngiem.

Może zacytuję fragment z mojego tekstu o Walterze dla „Twojego Bluesa”:

"Walker był bacznym obserwatorem sceny muzycznej. Wydany w 1949 roku Blues After Hours Craytona okazał się wielkim hitem. Odpowiedzią króla gitary był również instrumentalny Strollin’ With Bone, podczas którego artysta zwykł był grać z gitarą za głową, robiąc przy tym niemal szpagat (co widać na okładce wspomnianego albumu). Wówczas powstał także znany Glamour Girl, bigbandowo brzmiący (mimo niewielkiego składu) Travellin’ Blues i standard The Hustle Is On. We wszystkich wspomnianych nagraniach wykorzystano stały road band m.in. Jimmy Wynn i Eddie Davis. W czterech nagraniach Walker ponownie łączy swe siły z Marlem Youngiem. Przez chwilę czujemy zbytkowy blichtr świateł Broadwayu. Na szczęście gitara, pełna łatwo rozpoznawalnego nerwu, nie daje zapomnieć, po co słuchamy bluesmana. Z drugiej strony rzadko Bone gra tak jazzowo, płynnie jak w Too Lazy. W Look Me In The Eye udowadnia, że jest nie gorszym śpiewakiem niż Joe Williams, partner Counta Basiego". – „Twój Blues” nr 28/2007, s. 20

walker_cir.jpgWłaśnie słucham Strollin’ With Bone, co to za numer! A te breaki na dęciakach mają takiego kopa, takie jajo, he. Wyobrażam sobie, jak to musiało w 1950 roku bujać! Ba, buja i teraz. Glamour Girl jest z kolei takie jak wiele numerów z mojej ulubionej „czarnej” płyty.

Ale trzeba by puścić kilka numerów młodszych gitarzystów – Craytona, B. B. Kinga, Clarence’a Browna, Fulsona. Kurcze, to zmieni dość zasadniczo kształt audycji. Tyle starego grania, hm, kto to wytrzyma… Hm, ale przecież to piękne, wzruszające nagrania!

Takich magików, grających jak Walker, było już wówczas mnóstwo, nawet w drugiej połowie lat 40. się ich od razu namnożyło, tylko kto ich pamięta… weźmy Carla Hogana, gitarzystę Louisa Jordana, i ten słynny numer Ain’t That Just Like A Woman, który wyprzedza patenty Chucka Berry’ego o dekadę. Albo gitarzysta Charlesa Browna – Johnny Moore, albo kompletnie nieznany gitarzysta Roya Miltona – Johnny Rogers, który nagrał Junior Jumps w 1947 roku (zgrabny rock’n’rollowy kawałek). A ilu w ogóle nie nagrywało lub nigdy ich nie słyszałem?

Ej, czasy magii nie zginęły ze Śródziemiem. Magicy tylko czekają, by mi się pokazać. No a kto gra w The Hustle Is On solo na saksie, Wynn czy Davis? Ci, którzy znali odpowiedź, zmarli…

czwartek, 24 stycznia 2008

Lightnin' - dobry na wszystko

Co na skołatane nerwy? Co na rozstrój umysłu, na szum w głowie, na chaos? Co na ostatnie dwie godziny przed północą w czasie pełni księżyca? Co na nadmiar liter na białym tle monitora LCD, co? Kto powie ci przekonująco: Uspokój się, wyluzuj! Kto, do cholery, zrobi to lepiej niż Lightnin’ Hopkins?!

lh_sl_1.jpgSam „Lightnin’” Hopkins wie o mnie wszystko. Ja z kolei znam go od setek lat. Jest zawsze nieco sterany życiem, zawsze ciut obojętny wobec gorączki wielkiego miasta, zawsze po rozmowie z Bogiem, który nie miał dla niego czasu i powiedział, by poszedł do diabła. Hopkins gra bluesa na falach oceanu. Siedzi w rozlatującej się łupinie, na spokojnej fali, bez potrzeby powrotu na ląd. Buja mnie niemal niedostrzegalnie, ale czuję nadchodzącą błogość jak dziecko w kołysce.

Lightnin’ mógłby grać jednego bluesa całą wieczność. Jak Son House, tyle że Son jest delficką Pytią wijącą się w transie, Lightnin’ zaś jest wszechwiedzącym mędrcem, który przeszedł przez stan nirwany i wrócił na ziemię. Teraz wie, że struny służą do wyrażania doskonałości, a doskonałość jest prostotą.

Ten kto znalazł, nie szuka.

Fenomen bluesa polega na duchowości przejawiającej się w emocjach. Niestety najgłębszy aspekt tej duchowości jest tak ulotny, że nie sposób go przenieść na język słów. Wyrazić słowami możemy tylko emocje i ekspresję dostępną, wykształconą w naszej kulturze. Dlatego blues, ta esencja bluesa obecna u Lightnin’a, wręcz namacalna, nijak nie daje się precyzyjnie uchwycić. Tak naprawdę mieści się gdzieś między sensem ukrytym w słowach „czucie” i „objawienie”.

czwartek, 17 stycznia 2008

Burnside - moja muza

To jednak jest moja muza! Dzieje się sama! Słucham i wymiękam, i taki „wymięk” już mi zostaje. Nagrania pochodzą sprzed 40 lat. Gitara brzmi bardzo rootsowo, ale nie dziadowsko. rlb_mbnr.jpgNajbardziej narkotyczny jest rytm, nie wiem, czy widzieliście kiedyś chorego gołębia, który miał tak zwanego kręćka – kręcił się w kółko, kolebiąc, przestępując z łapki na łapkę, aż w końcu zdychał. Słuchając R. L. Burnside’a, też dostaję kręćka, ale jaki jestem przy tym szczęśliwy! A do tego dochodzi fantastyczny głos, pełen wzruszającego smutku, oczekiwania, hm, tęsknoty, czasem rozdrażnienia, czasem ciepła, nigdy ckliwości, nigdy wściekłości. Blues to czasem taki czarny stoicyzm, czasem mantra.

Właśnie leci See My Jumper, pierwotna wersja Jumper On The Line. Są tu dwie gitary czy jedna?

Tak, Burnside był niepowtarzalny. Gdy zmarł Hooker, głośno mówiłem, że teraz ostał nam się ino Burnside. Owszem, są goście typu T-Model Ford, Willie King, Big Jack Johnson, ale to jednak nie to. Jak wiadomo w latach 90. Burnside grał już swego transowego elektrycznego bluesa z północnego Mississippi, współtworząc tak zwane fat-possumowe brzmienie, ale twierdził, że to akustyczny blues jest hm… realniejszy, może prawdziwszy: It sounds realer… I hope to do more recordings on the acoustic. Mogę to zrozumieć, gdy słyszę tę płytę.

Ha! A teraz w Radiu Derf słyszę Rev. Garego Davisa – też gigant!!! - www.radioderf.info

środa, 16 stycznia 2008

Bluesowe inspiracje, bluesowe początki

Malcolm „Papa Mali” Welbourn – przez dwie dekady był członkiem zespołu reggae – Killer Bees. Powoli jednak wraca do luizjańskich korzeni, w tym do bluesa. Ogromny wpływ wywarł na niego John Campbell. W krótkiej rozmowie dla „Blues Revue” nr 10 czerwiec/lipiec 2007 trafiłem na znamienny akapit. John Campbell „pokazał mi, jak używać otwartych strojów, grać slide’em. Był przyjacielem mojego starszego brata i usłyszał, kiedy ćwiczę utwór Allman Brothers Band. Pokiwał głową i powiedział: »Człowieku, powinieneś posłuchać gości, których oni słuchali«. Zapytałem: »Tak, kogo?«. Więc pożyczył mi nagrania T-Bone’a, Elmore’a Jamesa, Charleya Pattona i Roberta Johnsona. Wszyscy moi przyjaciele słuchali Led Zep. Też w tym siedziałem, ale powiedziałem: »Wiesz, oni rzeczywiście tego nie napisali«”. Ten charakterystyczny fragment nie należy do wyjątkowych. W co drugim wywiadzie można natknąć się na tego typu passus. Młodziutki pasjonat ma starszego kolegę, który odkrywa przed nim talenty mistrzów. To część edukacji. Nie ma w muzyce, szczególnie w bluesie, jakiegoś radykalnego konfliktu pokoleń. Jeśli uznamy, że np. SRV rozwinął styl Buddego Guya, nie znaczy to, że nie ma sensu słuchać Buddego. Jeżeli nawet nie ma starszego kolegi pod ręką i tak jest wewnętrzna ciekawość, po przeczytaniu np. tekstu o swoim ulubieńcu, by posłuchać muzyki, która inspirowała jego.

Trzydziestoletni Matt Schofield miesza ciekawie bluesa, jazz, rock, funky. Jego pierwsi herosi to Albert Collins i Albert King (grali jeszcze na początku lat 90.), ale sypie jak z rękawa nazwiskami typu Lonnie Johnson, B. B. King, T-Bone Walker, Django Reinhardt, Freddie King. Nie chcę po raz kolejny powtarzać listy nazwisk, które wymienia Dave Gross, Nick Curran czy Sean Costello – bluesowe młodziaki.

Uświadomiłem sobie, że to jest coś, czego szalenie brakuje w Polsce. Dla Nalepy czy muzyków Dżemu muzyka zaczyna się w latach 60. Wcześniej był jedynie Elvis i Chuck Berry. I do dziś w wielu przypadkach tak jest. Rzadko też muzyka czyichś mistrzów zachęca adeptów do odkrywania ich mistrzów – mistrzów mistrzów. Z ciekawości biorę garść „Twoich Bluesów”. Zobaczmy, jak to wygląda. Wybrałem zaledwie kilku wykonawców, właściwie losowo, może w wolnej chwili pokuszę się o ciąg dalszy:

Devil Blues (TB 26/2006): pierwszy kontakt – Nalepa, Kasa Chorych, Clapton, B. B. King, Mayall, potem – Ronnie Earl, Freddie King, Albert King, Otis Rush, Albert Collins, Stevie Ray Vaughan, Doyle Bramhall II, Philip Sayce, Scott Henderson, Bernard Allison, Steve Gadd, band Hendriksa, Riedel, Keb’ Mo, Kawalec, Deep Purple, Pastorius;

Siódma w Nocy (TB 26/2006): początki Dżem, Muddy Waters, aktualnie Buddy Guy, B. B. King, S. R. Vaughan, A. King, A. Collins, Clapton, John Coltrane, Charles Mingus, Victor Wooten;

Rockomotive (TB 26/2006):: od Roberta Johnsona do B. B. Kinga, ale przede wszystkim SRV, Deep Purple, Lynyrd Skynyrd, ABB, SRV, Jimmy Page;

Blues Doctors (TB 26/2006): Otis Redding, Tower of Power, Robben Ford, Five Blind Boys of Alabama, Ray Charles, Little Milion, Buddy Guy;

Bartek Łęczycki (TB 25/2006): William Clarke, Alex Schultz, Little Charlie, J. J. Milteau, Robben Ford, Keb’ Mo;

Obstawa Prezydenta (TB 25/2006): Muddy Waters, Willie Dixon, J. L. Hooker, Albert Collins; Miles Davis, Pat Metheny;

Roman Puchowski (TB 24/2006): Robert Johnson, Sonic Youth, Blind Willie Johnson, The Residents, Wim Wertens, Molvaer;

Greg Szlapczynski (TB 24/2006): Sonny Boy Williamson II, Little Walter, Miles Davis, John Coltrane;

Outsider Blues (TB 22/2005): Muddy Waters, SRV, Kim Wilson, James Cotton, NZB, Nalepa;

Ścigani (TB 22/2005): Dżem, Scott Henderson, Robben Ford, Larry Carlton, B. B. King, SRV, Albert King (rzadka wypowiedź Jarka Dobrzyńskiego: Rozpoczynałem od SRV-a, ale szybko odkryłem, że trzeba wrócić się do Alberta Kinga), Keb’ Mo, Allman Brothers Band;

Fine Kattle of Fish (TB 22/2005): Billy Boy Arnold, Mayall;

Kłusem z Bluesem (Tomek Kiersnowski) (TB 20/2005): Little Walter, Sonny Boy Williamson II, Walter Hormon, Georgie Smith, Kim Wilson, Rod Piazza, Sugar Ray Norcia, William Clarke, Paul Butterfield, Sonny Terry;

Paweł Szamański (TB 20/2005): Mississippi John Hurt, Johnny Shines, Junior Wells, Buddy Guy, Skip James, Gary Davis, Blind Boy Fuller, Big Bill Broonzy, Etta Baker, Taj Mahal, Roy Bookbinder, Johnny Winter;

Lester Kidson (TB 20/2005): Albert Collins, T-Bone Walker, Dave Gilmour, Hendrix, Johnny Vee, Robbie Laws, Tommy Castro, Robert Scott;

Marcin Szulkowski (TB 20/2005): John Lee Hooker, Fleetwood Mac, Kim Wilson, Duke Robillard, Preston Hubbard, Christian McBride, Steve Mugalian, Fred Below, B. B. King, Buddy Guy, T-Bone Walker, Albert Collins, Ronnie Earl, Dave Specter;

Blue Sounds (TB 20/2005): Waters, King, Clapton, Jakubowicz, Mielczanek, Riedel;

Póki co muszę się powstrzymać od opinii, ale jakiś tam, całkiem ciekawy, obrazek zaczyna się wyłaniać...